Rowerzyści przed przejechaniem wielu kilometrów na rajdzie rowerowym zorganizowanym przez Chodź na rower - plac Piłsudskiego w Piasecznie

Rajd rowerowy Chodź na rower 29 czerwca 2014: Piaseczno – Konstancin-Jeziorna – Piaseczno

Witajcie!

Godzina 6 rano, niedziela 29 czerwca 2014 roku. Zadzwonił budzik. Przetarłem oczy, wstałem i pierwsze co zrobiłem to wyjrzałem przez okno. Zobaczyłem chmury i mokrą jezdnię, ale deszcz już nie padał. Musiało padać w nocy. Jeszcze w sobotę byłem w strachu, że z powodu złej pogody będę musiał zrezygnować z wyprawy organizowanej przez akcję “Chodź na rower”. Dziś także się trochę obawiałem, w końcu wyjazd do Piaseczna planowany jest na godzinę 8, więc pozostało jeszcze 2 godziny, a pogoda zmienną jest. Nic to, pełen nadziei szykowałem sprzęt, ubiór, wyposażenie.

Sprawdziłem powietrze w kołach, potrzebne klucze i reszta narzędzi wylądowała w moim plecaku. Zjadłem krótki posiłek, wykonałem ostatnie obowiązki domowe i zaraz po tym postanowiłem wyruszyć w drogę.

Pełen podekscytowania – w końcu pierwszy raz będę uczestniczył w wyprawie rowerowej organizowanej przez sympatycznych ludzi z Piaseczna – dosiadłem sprzęta i ruszyłem.

Jechałem, siła w nogach była i średnia prędkość nie spadała poniżej 25 km/h. Wyruszyłem specjalnie 2 godziny przed spotkaniem, które zostało zaplanowane na godzinę 10, aby mieć spokojną głowę o dotarciu na czas.

Droga jak to droga, koła roweru połykały kolejne kilometry.

Trzymając się głównej trasy jechałem żwawo na północ i mijałem kolejne wsie i miejscowości. Po pewnym odcinku drogi przejechałem obok znaku informacyjnego, że właśnie wjeżdżałem na teren powiatu piaseczyńskiego. Za plecami został Prażmów, zmęczenia w ogóle nie odczuwałem. Przejeżdżając przez Park Chojnowski poczułem mój ulubiony zapach lasu. Taaaak, ten zapach to jest to. Wciągałem pełnymi piersiami i jak to powiedział później Tadeusz: “dotleniałem mózg” :).

Nie zwalniając pędzę przed siebie goniony presją czasu. Głupio by było spóźnić się po przejechaniu tylu kilometrów. Więc przyśpieszyłem zwłaszcza, gdy jechałem z górki. Po pokonaniu reszty drogi poczułem ulgę, gdy zobaczyłem drogowskaz z napisem “Piaseczno”.

Skierowałem się w stronę centrum, za chwilę zobaczyłem tory kolei wąskotorowej i poznałem trochę znane mi tereny. W końcu 15 czerwca uczestniczyłem tu w wyprawie rowerowej zorganizowanej przez “Stowarzyszenie WGR Kultura i Sport” połączonej z przejażdżką taką kolejką do Runowa.

Przejechałem przez jedne światła, potem kolejne i jeszcze następne i poczułem, że zaczynam się gubić. Korzystając z najlepszego lekarstwa na taką sytuację – zapytałem miłych ludzi na przystanku, którędy do fontanny. Spoglądając na mnie trochę dziwnym wzrokiem radzą mi kierować się drogą do Warszawy. Potem zrozumiałem skąd ten dziwny wzrok – fontanna była kilkaset metrów od miejsca, gdzie się zgubiłem. Uśmiechnąłem się tylko do siebie i ruszyłem na plac.

Rozejrzałem się i nie zauważyłem nikogo, kto by wyglądał na kogoś mającego ochotę na jazdę rowerkiem za miasto. Sięgnąłem po zegarek i moje zdziwienie spowodowane nie zastaniem nikogo na placu zostało zastąpione przez godzinę dotarcia do celu. Była godzina 9.12. Dotarłem na miejsce o wiele za wcześnie pokonując trasę z Grójca do Piaseczna w niecałe 75 minut.

Mając w zapasie duży nadmiar czasu poczułem pragnienie. Rozejrzałem się za otwartym sklepem, ale nic nie zauważyłem. Ruszyłem z rynku i w oddali dostrzegłem dwóch biegaczy. Szybko do nich dojechałem i zasięgając informacji dowiedziałem się o sklepie jakieś 100 metrów ode mnie. Idący chodnikiem starszy pan słysząc treść rozmowy podszedł do mnie i zagadał, że ma do mnie jakąś sprawę. Ja znając podobną gadkę już miałem go posłać do wszystkich diabłów, gdy się dowiedziałem czy nie mógłbym mu kupić czegoś do jedzenia. Zmieniłem podejście i odpowiedziałem, że z miłą chęcią. Podeszliśmy razem pod sklep i poprosiłem o przypilnowanie roweru. Wszedłem do sklepu i kupiłem coś do picia oraz jedzenia. Po wyjściu ze sklepu przekazałem prowiant w ręce potrzebującego, a miły pan nie krył wdzięczności. Pożegnałem się i ruszyłem poznać trochę miasto, w którym byłem.

Usłyszałem grzmot, odwróciwszy się w jego kierunku zobaczyłem wyglądające złowrogo ciemne chmurzysko. Przez plecy przeszły mnie ciarki, że wyjazd zostanie zagrożony. Zaczął wiać dość silny wiatr i ciemny obłok powiększający się stale na horyzoncie niebezpiecznie szybko się zbliżał. Znalazłem schronienie na przystanku autobusowym i obserwowałem sytuację. Przejeżdżający ulicą facet zagadał do mnie, że zaraz będzie dobrze padać. Odpowiedziałem, że może przejdzie bokiem. Zaoponował, że zbyt szeroka chmura. Pomyślałem tylko, że co będzie to będzie. Spojrzałem na zegarek: 9.32.

Za chwilę zaczął padać deszcz. Najpierw mały kapuśniaczek, by po chwili przerodzić się w rzęsistą ulewę. Kropla z dziurawego dachu przystanku spadła mi na ramię, a ja ciągle miałem nadzieję, że deszcz zaraz przestanie padać. Nagle na horyzoncie zacząłem dostrzegać przejaśnienia. Najpierw małe, potem coraz większe i większe. Aż ciemne chmury dość znacznie im już ustąpiły. Po chwili ulewa zaczęła tracić na sile, aż ustała całkowicie. Niebo się w miarę rozpogodziło. Zerknąłem po raz kolejny na zegarek i zobaczyłem za kwadrans 10. Burza jak szybko przyszła, tak szybko poszła. A zapowiadało się na długie padanie. Poczekałem kilka minut, aż deszczówkę połkną studzienki i ruszyłem w kierunku kościoła.

Przy fontannie dostrzegłem pierwszych rowerzystów i poczułem dużą ulgę. Wjeżdżając na plac spojrzałem na jedną dziewczynę i jakoś poczułem, że gdzieś już ją widziałem. Zrobiłem kółko i zawróciłem. Jak się potem okazało, to była Wiola – koleżanka spotkana wcześniej na spotkaniu organizacyjnym pielgrzymki rowerowej do Częstochowy. Jaki to zbieg okoliczności, kto by się spodziewał :). Bardzo miło mnie to zaskoczyło – ktoś kogo już wcześniej spotkałem. Stanęliśmy pod sklepem i zastanawialiśmy się, ile osób będzie. Na razie naliczyłem mniej niż 10. Czym bliżej godziny zero tym coraz więcej dołączało do grupy.

Na deptaku zebrała się o wiele większa grupa więc dołączyliśmy do nich.

Na placu zebrała się już spora grupa rowerzystów. Ja sobie miło gawędzę i nagle w ramię ktoś mnie puka. Odwracam się, a to Tadeusz – kolega z WGR-u. A z nim jeszcze jedna koleżanka z tej samej ekipy. Potem dołączył także Darek z rejonu Grójca. Tylko że ja jako jedyny przyjechałem na rowerze, a reszta samochodami :-P. I tak cała paczka grójecka na ogół trzymała się razem, choć wszyscy z nas otwarci byli także na nowe znajomości. Myślałem, że nikogo nie spotkam znajomego, a tu taka niespodzianka. Szczerze powiedziawszy nie spodziewałem się takiego zainteresowania.

Minęła godzina 10 i cała grupa nadal nie ruszała. Jak się potem okazało – było warto. Dołączyli jeszcze do nas starsi państwo. Spóźnieni, ale ważne że się dojechało. Potem zrobiliśmy jeszcze pamiątkowe zdjęcie wszystkich obecnych, po czym ruszyliśmy w drogę.

Szczęśliwi i weseli jechaliśmy dwójkami lub trójkami, początkowo asfaltem.

Po około kilometrze zjechaliśmy na polną drogę, a potem na wąską ścieżkę, która już wiodła nas przez większość wyprawy. Rozgadani, pedałujemy przed siebie podziwiając wokół widoki. Mijamy domki, domy, czasami trafi się jakiś lasek.

Dojeżdżamy do starej cegielni. Pewien Pan wygłosił krótkie przemówienie. Niestety, na teren cegielni nie można było wjechać z powodu zamkniętej bramy. Po przemówieniu zostaliśmy ostrzeżeni o możliwym zmoczeniu ubrania jako że było świeżo po deszczu. Zastanawiałem się, w jaki sposób miałbym się zmoczyć gdy po chwili szybko zrozumiałem zobaczywszy jak peleton wjeżdża w wąską ścieżkę porośniętą gęstymi zaroślami.

Po zrzuceniu na lżejszy bieg przedzieramy się przez gęstwinę gałęzi jeden za drugim. W pewnym miejscu zrobiło się nawet trochę niebezpiecznie – 1 metr od ścieżki zaczynało się spore urwisko, które kończyło się zbiornikiem wodnym. Jeden niewłaściwy ruch kierownicą i jazda zakończyłaby się przymusową kąpielą. Na szczęście jakoś wszyscy przejechali cało i zdrowo.

Po wynurzeniu się z lasku ujrzeliśmy szerokie pole gdzie nie gdzie z rosnącym na boku zagajnikiem i kilkoma pagórkami.

Ścieżka prowadziła dość stromo w dół i w połowie górki witał rowerzystów ostry zakręt z nawierzchnią piaszczystą. Przy nieostrożnej jeździe wywrotka była gwarantowana, dlatego co niektórzy woleli zsiąść z rowerów i przejść pieszo. Po przejechaniu polany wjechaliśmy w duży las. Mokra nawierzchnia utrudniała jazdę, kałuże, błoćko, kropkowane nogi i plecy – takie bonusy czekały po drodze. Ale nikt nie zdawał się tym przejmować – wszyscy mężnie parli do przodu.

Od tego momentu trasa wiodła głównie przez las. Odmiany drzew trafiały się różne. Od iglastych po liściaste. Zapach lasu i świeże powietrze na pewno spodobało się każdemu. Tajemniczy mrok w oddali, naturalne środowisko, wszędobylska cisza. Od czasu do czasu śpiew ptaków, stukanie dzięcioła. Magiczne miejsce z pewnością na każdego wpłynęło pozytywnie. Coś niesamowitego. Ciało i dusza odczuwają tam relaks po całości. Kto nie spróbował ten nie zrozumie. Tego nie da się opisać słowami, to trzeba przeżyć osobiście.

Po przejechaniu sporej odległości przez las wyjechaliśmy na łąkę. Zrobiliśmy krótki postój, aby złapać trochę tchu i żeby wolniejsi uczestnicy spokojnie dołączyli.

Spragniony piesek chłeptał z zapałem podaną wodę z butelki, aby potem ponownie zagościć w swoim foteliku rowerowym i cieszyć się przejażdżką.

Po odpoczynku ruszyliśmy ponownie w drogę.

Po przejechaniu łąki ponownie wjechaliśmy w las i przedzieraliśmy się już przez niego szerszą ścieżką. Porozrzucane szyszki czasami trafiały się pod koło, nasiąknięta ziemia przyklejała się do opon i przy kawalerskiej jeździe lądowała na kierującym rower.

Po jakimś czasie dojechaliśmy do Konstancina-Jeziorny. Ponowny odpoczynek i konsultacja przewodników na temat kierunku dalszej drogi.

Ochoczo ponownie ruszamy do przodu, aby po chwili znaleźć się przed bramą wjazdową do willi nazwanej “Świt”, w którym mieszkał kiedyś Stefan Żeromski. Osiedlił się w nim w latach dwudziestych, aby później przenieść się do Zamku Królewskiego w Warszawie.

Po obejrzeniu domku i zrobieniu fotek przejechaliśmy do siedemnastowiecznego Pałacu Obory.

Po II wojnie światowej odwiedzany przez wielu pisarzy i poetów. Na co dzień znajduje się tam Dom Pracy Twórczej. Przylega do niego rozległy park z wieloma stawami, po którym pływają sobie kaczki i inne wodne ptaki. Niedaleko posiadłości znajduje się rezerwat przyrody.

Zostawiliśmy środki transportu na wyznaczonym parkingu i przeszliśmy pieszo po wytyczonym szlaku podziwiając urzekające widoki parku będącego częścią dworku.

Nieopodal ze stawu wyfrunęła kaczka, by po chwili znowu wylądować w nim z impetem.

Po zapoznaniu się z terenem parku wróciliśmy pod pałac podziwiając jego strukturę oraz przylegający trawnik z pięknymi okalającymi go żywopłotami.

Weseli wsiedliśmy na bicykle i pojechaliśmy w miejsce, gdzie czekało na nas zapowiedziane wcześniej ognisko. Po takiej wyprawie należało się posilić, na co każdy liczył przy ognisku. Pokonując parę wąskich ścieżek i przejeżdżając obok rezerwatu przyrody minęliśmy inną grupę rowerową. Pozdrowiliśmy się wzajemnie i po chwili dotarliśmy do celu.

Placyk prócz ogniska zapewniał różne formy rozrywki takie jak trampolina, piłka nożna, huśtawki i inne. Korzystając z okazji kilku chłopaków i dziewczyn skusiło się na zabawę.

Początkowo ognisko topornie się rozpalało, ale nie zrażeni pomocnicy dali sobie z nim radę i po chwili ogień objął swoimi językami wrzucone konary.

Głodni koleżanki i koledzy wyjęli wiezione od rana w sakwach i plecakach kiełbaski i nadziali je na podłużne widelce. Po chwili już skwierczały nad ogniskiem ociekając spływającym tłuszczem pod wpływem temperatury. Dodatkowo można było się napić kawy, owocowego soczku lub wody.

Po usmażeniu kiełbasek w trakcie posiłku Pan Sołtys wygłosił ciekawą przemowę.

Po występie było losowanie nagród, którego podjęła się dzielna dziewczynka. Początkowo losowała wysokie numerki, ale potem się poprawiła i wyciągała również te niższe.

Ognisko zostało zorganizowane również dzięki Panu Sołtysowi za co bardzo dziękujemy. Po zakończeniu imprezy wyruszyliśmy w drogę powrotną.

Trasa została skrócona do niezbędnego minimum i część z niej wiodła już asfaltem i innymi szlakami.

Po dojechaniu do centrum Konstancina-Jeziorny odwiedziliśmy pewien stawik, na którego środku koczowała sobie rodzinka żółwi. Na pytanie skąd one się tam wzięły to nie jestem w stanie odpowiedzieć, ale mieszkające w środku miasta w zbiorniku wodnym takie zwierzęta troszkę robi wrażenie :).

Kawałek dalej napotykamy ciekawie wyglądające kaczki zebrane w grupkę, jakby odbywały jakąś ważną naradę.

Potem minęliśmy ciekawy wodospadzik, który raczej wyglądał na sztuczny.

Powoli odczuwaliśmy zmęczenie, ale jechaliśmy dalej. W końcu trzeba było wrócić do Piaseczna :). Sam powrót nie potrwał długo, droga została jednak sporo skrócona.

Zebraliśmy się znowu na placu obok fontanny, co prawda zmęczeni ale również szczęśliwi. W wycieczce uczestniczyło ponad 40 osób w różnym wieku. Radę dali i Ci młodsi, i Ci starsi. Ja na pewno przyjadę jeszcze raz o ile pozwoli mi na to pogoda.

6 lipca planowane jest wspólne spotkanie w Chynowie obu grup z Piaseczna i Grójca. Zapraszam wszystkich, ponieważ naprawdę warto się wybrać. Będzie co później wspominać i opowiadać, a i dla zdrowia też to wyjdzie na dobre.

Ja już musiałem się żegnać z uwagi na to, że prognozy nie były optymistyczne. Chcąc zdążyć przed burzą musiałem szybko wyjechać mając do pokonania 30 km do Grójca. Sam powrót nie był ciekawy. Nieciekawe chmury wymuszały na mnie szybkie tempo jazdy a dodatkowo jazda pod wiatr na pewno nie pomagała. Spowodowało to głębokie zmęczenie po powrocie. Ale wystarczył jeden dzień regeneracji i zmęczenie odpuściło. Udało się także na szczęście nie zmoknąć co też nie jest bez znaczenia.

Podsumowując napiszę tylko tyle: nie żałuję :). Mało tego: chcę więcej. Szczerze polecam wszystkim. Kto nie skorzysta ten nie wie co straci.

Dziękuję za lekturę i zapraszam do czytania innych artykułów znajdujących się na moim blogu.

Pozdrawiam

lukenkuken