Przewodnicy prowadzący rajd rowerowy zorganizowany przez Chodź na rower

Rajd rowerowy Chodź na rower 3 sierpnia 2014: Piaseczno – Kawęczyn – Piaseczno

Tego pięknego i bardzo słonecznego dnia (3 sierpnia) przywitała nas – miłośników wypraw rowerowych – zapowiedź przejażdżki w dość wysokiej temperaturze.

Wcześniej planowany był wypad w tą samą niedzielę wspólnie z grójeckim stowarzyszeniem, ale z uwagi na przewidywane gorąco został on przełożony na następny tydzień. Mnie to pasowało, ponieważ nie musiałem wybierać pomiędzy Grójcem a Piasecznem, które też organizowało taką atrakcję ;).

Nie zrażony skwarem z nieba, zaplanowałem sobie dołączenie do wesołej społeczności miasta szczycącego się ponad 100-letnią koleją wąskotorową. Prócz mnie jechała ze mną jeszcze jedna osoba reprezentująca Grójec, choć miało być ich więcej. A czemu nie byli, to tak naprawdę nie znam przyczyny. Ich strata :P.

Umówiliśmy się na rynku w Grójcu o godzinie 8 i spotkawszy się na miejscu ruszyliśmy do zamierzonego celu. Wyjazd o tak wczesnej godzinie był podyktowany dwoma powodami: po pierwsze chodziło o dotarcie bez zbytniego pośpiechu i po drugie, aby uniknąć szybko rosnącej temperatury. W sumie było około 30 km do Piaseczna, ale obrana trasa nie była uciążliwa. Kierowaliśmy się głównie poboczami, wspomagając się od czasu do czasu GPS-em. Tak nas na zachód ściągnęło, że dojechaliśmy od strony Baszkówki i Gołkowa. Po dotarciu mieliśmy jeszcze grubo ponad 15 minut rezerwy.


Na miejscu okazało się, że już kilka osób było obecnych. Przywitaliśmy się i prowadząc konwersację czekaliśmy na rozwój wydarzeń.

I znowu z minuty na minutę coraz więcej osób zaczęło się pojawiać, by o godzinie 10 zgromadzić obok fontanny tłum liczący około 50 cyklistów. Liczebność ta zaskoczyła niejedną osobę, ponieważ były słuszne powody, aby podejrzewać nikłą liczbę chętnych do jazdy rowerowej w tak gorący dzień. A tu kolejny dowód na to, że ludzie chcą jeździć i cieszyć się z tego. Nawet wtedy, kiedy występują warunki dość niesprzyjające. W końcu razem dużo się zniesie :).

Tego dnia celem był Kawęczyn.


Najpierw zostało wygłoszone przemówienie przez Agnieszkę przypominające o podstawowych zasadach bezpiecznego poruszania się rowerami po drogach publicznych.

Po nim ruszyliśmy do przodu nie wiedząc dokładnie, co nas czeka.

Uczestnicy wyprawy przejechali przez główne arterie miasta zgodnie z przepisami udowadniając tym samym, że uważnie słuchali cennych rad :).

Wszędzie było widać uśmiech i zadowolenie, przez co można było stwierdzić, że każdemu się podobała ta niepewność. Sam byłem ciekawy tej wycieczki.


Na początku jechaliśmy drogą asfaltową, a ja wyglądałem przejazdu przez tereny leśne według zapowiedzi na stronie internetowej.

Długość kolumny była niemiłosiernie duża. Jak ktoś przystanął na chodniku, to czas przejazdu wszystkich rowerzystów można było porównać do czasu przejeżdżającego pociągu towarowego :).

Terenów, na których się znalazłem, w ogóle nie kojarzyłem, więc śmiało mogłem stwierdzić, że byłem tam pierwszy raz. I dobrze – zawsze potem będę mógł powiedzieć, że tu byłem :P.

Po przejechaniu kilku kilometrów zaczęliśmy zjeżdżać na piaszczyste drogi. Wszędzie po bokach mijaliśmy zielone krzewy i drzewa, od czasu do czasu wjeżdżając na teren bardziej zurbanizowany.

Od czasu do czasu przemykając z jednej polnej drogi na drugą, trzeba było przejechać kawałek asfaltem, co nie sprawiło nam żadnego problemu. Tak naprawdę to byliśmy już na regularnych terenach leśnych, co dawało nam przyjemne uczucie chłodu.

Przeważającym gatunkiem drzewostanu, przez który przejeżdżaliśmy, była sosna. Z gatunków drzew nie jestem aż tak biegły, ale tego akurat byłem pewien :).

Przywitały nas piękne leśne widoczki, a gdzie dokładnie się znajdowaliśmy to napiszę szczerze, że nie wiem. Na pewno mijane tereny niejednemu się podobały.

Po pewnym czasie zaczęła mnie zastanawiać pogarszająca się z każdym kilometrem jakość nawierzchni, po której toczyła się nasza grupa. Nie to, że zacząłem się niepokoić :). Przeciwnie, takie zróżnicowanie i bardziej wymagające odcinki to nawet lubię, zresztą jak było widać (i słychać!), nie tylko ja.

Jedynie uczestnicy na oponach szosowych cieńszych od trekkingowych mogli być średnio zadowoleni, a jedna osoba zwłaszcza, tylko nie będę pokazywał palcem kto :D. Nie trza narzekać, trzeba jechać!


Po drodze zrobił się mały zator – ktoś sobie zaparkował samochód na i tak wąskiej drodze. Ale sprawni i radzący sobie niemal w każdej sytuacji cykliści doskonale sobie i z tym poradzili omijając go zwyczajnie bokiem. A jak!

Po poradzeniu sobie z małym problemem trafiliśmy na dukt prowadzący wzdłuż jakiegoś ogrodzenia. Co to był za płot to nie wiem, ale byłem podziwu znalezienia przez organizatorów tak ukrytej ścieżki. Przecież to było istne zad… ekhm, dość trudne do odnalezienia miejsce :D. I do tego szyszki pod kołami. Oł je.

Po przejechaniu odcinka tej dróżki, którą trudno nawet tak nazwać, wjechaliśmy na taką, którą można już tak nazwać. I czekała nas tam kolejna niespodzianka: piachy! I to jakie. Zasada była prosta: albo obierasz pobocze i jakoś jedziesz, albo ryzykujesz zakopanie jadąc środkiem i nie jedziesz. Część osób obrało to drugie :P.

Powiem szczerze, że dawno nie jechałem na tak zróżnicowanej wycieczce za jednym zamachem. Po pokonaniu żwirku wyjechaliśmy na pewnie wydeptaną pieszo ścieżkę, o której nie wiedzą nawet najstarsi indianie (pewnie, po co mieliby wiedzieć o jakieś ścierzynie w Polsce, która znajdowała się tysiące kilometrów od ich domu 🙂 ). Miałem dziwne wrażenie, że znajdowaliśmy się daleko od cywilizacji, ale o dziwo za niecały kilometr dalej znajdował się ładny wyjazd na utwardzoną jezdnię.

Zrobiliśmy sobie małą przerwę, łapiąc oddech i uzupełniając utracone płyny. Odcinek był dość trudny i mógł wymusić niemały wysiłek, ale nie było widać niezadowolenia. Niektórzy nawet z tej radochy chodzili ludziom po palcach, ale już nie będę wdawał się w szczegóły :D.

Po upewnieniu się, że wszyscy bezpiecznie dojechali, powoli ruszyliśmy dalej. Z tego co było mi wiadomo, znajdowaliśmy się na terenie cmentarza południowego w Antoninowie.

Minęliśmy te tereny i jadąc już asfaltem skierowaliśmy się znowu w bliżej nieznanym mi kierunku.

Osoby mające nadzieję (jeżeli w ogóle takie były), że to koniec już trudnych odcinków, znowu mogli poczuć się zawiedzeni. Znowu zjazd na boczne ścieżki, znowu piach. Niekiedy tak spore, że bez ręcznego przeprowadzenia roweru nie dało się rady :).

Wszędzie zielono, wszędzie chaszcze. Integracja z naturą. Pracując przy biurku przez całe dnie to naprawdę bardzo miła odmiana i przeżycie. Każdy mi to chyba przyzna :).

Tutaj był dość niepewny odcinek przez bagniste tereny i dla bezpieczeństwa lepiej było go pokonać pieszo.

Krótka narada i postój obok zabudowań, które nic mi nie mówiły. Do tego pies, który chciał gryźć, a nie mógł, tzn. jak zaczynał biec to tak powolnie, że śmiało można by było go porównać do przeładowanego grójeckiego Autosanu z czasów PRL-u.

Po zaspokojeniu pragnienia i przypomnieniu sobie drogi przez przewodnika, ruszyliśmy dalej palić nadmiar niepotrzebnych kalorii. Droga zróżnicowana, raz asfalt, raz droga polna. Dla urozmaicenia, aby czasem nam się nie nudziło :).

Po drodze minęliśmy stadninę bliżej mi nieokreśloną, a wskazać na mapie nie potrafiłbym jej :).

A zaraz potem już jechaliśmy wzdłuż torów kolejki wąskotorowej. Czyżby niedaleko nas znajdował się Runów? Może tak, może nie. Głowy nie dam, zresztą po co komu ona (głowa)? I tak pewnie nic tam nie ma, same głupoty :P.

Pokonaliśmy przejazd przez tory rozglądając się uważnie, aby nas przypadkiem coś nie rozjechało.

Za nim dołkowata dróżka, taaak. Tego jeszcze nie było. Raz w dołku, by potem być za dołkiem.

Wyjeżdżając nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz na asfalt na skrzyżowaniu pojechaliśmy w lewo. Choć co to za różnica? Jakbyśmy pojechali w prawo, nic bym nie powiedział. Byłem zdany w całości na orientację przewodnika.

Po kluczeniu uliczkami znowu wjechaliśmy w trudną piaszczystą drogę. Wymagającą na tyle, że prowadzenie roweru pieszo raczej było nieuniknione.

Po krótkim odcinku uległa pewnej poprawie, co umożliwiało dość swobodną jazdę. Nie wiem jak inni, ale ja osobiście wolę jechać niż iść.

Dojechaliśmy do Prac Dużych i zatrzymaliśmy się na dłużej przed sklepem w celu odpoczynku i zrobienia potrzebnych zakupów.

Nie obyło się bez naprawy przebitej dętki – zmory rowerzystów.

W międzyczasie skontaktował się z nami Grójec – Tadek i Wacek. Po wytłumaczeniu drogi dojazdu jakoś się po drodze spotkaliśmy. A droga dalej była już dość łatwa, tylko że nieosłonięta przed słońcem, tzw. “placek”.


Pokonaliśmy skrzyżowanie jadąc dalej prosto i znaleźliśmy się pod Kawęczynem.

Miejsce dla mnie nieznane, kierowaliśmy się w jakieś miejsce piaszczystą drogą, która też nie była łatwa.

Po chwili zobaczyłem jakieś zabudowania i stwierdziłem, że tam właśnie zmierzamy.

Przy drodze zostały poustawiane jakieś stare narzędzia rolnicze i artefakty. Nie powiem, wyglądało to ciekawie.

Po chwili przeczytałem witający wszystkich napis na wyniosłej bramie, że znajdowaliśmy się na terenie “Łowiska pod dębową beczką”. Zlokalizowane było dość blisko Grójca, a ja znalazłem się tam pierwszy raz. Musiałem pojechać do Piaseczna, aby się o tym dowiedzieć. Cóż za ironia, prawda? Zresztą widać było, że nikt z Grójca o tym miejscu nie wiedział. Gdyby nie nasz przewodnik grupy, to ciekawe ile czasu byśmy o tym miejscu nie wiedzieli.

Obok bramy znajdował się wybieg dla dwóch kucy. Widać było, że chętne do towarzystwa. Jedyne, co im dokuczało to natrętne muchy :).

Tuż za bramą miejsce zajmowały dwa zbiorniki wodne rozdzielone wjazdem na teren posesji.

Plac łowiska upiększały różnego rodzaju przedmioty, beczki, armaty, ławeczki, hamaki, figury zwierząt i inne bliżej mi nieznane.

Przywitani przez właścicielkę zostaliśmy zaproszeni do rozgoszczenia się i zwiedzania lokalnych atrakcji.

Zmęczeni przejazdem towarzyszki i towarzysze podróży skorzystali z zaproszenia i rozpierzchli się po terenie podziwiając widoczki.

Niektórzy schronili się w cieniu chłodnej karczmy, niektórzy pod parasolami, a jeszcze inni na zadaszonej platformie.

Wracając do tematu karczmy to była ona dość ładnie przystrojona. Pod strzechą znajdowały się czarownice (w tym jedna na rowerze, jakby zgubiła miotłę), podkowy, homonta, powozy, dzbany i inne ciekawe.

Znalazł się również kogucik do bujania.

Krajobraz upiększała dość doniośle wyglądająca figura lwa.

Duże zainteresowanie wzbudzały różnego typu armaty, od krótkich po te z długimi lufami. Dla bardziej spostrzegawczych znalazły się nawet kulki.

Nieopodal stało kilka drewnianych chat. Co w nich było to nie wiem, ponieważ nie wchodziłem. Zresztą nie wiem czy mi wolno, więc nie będę się pchał nieproszony :P.

Cały tabun rowerów był umiejscowiony pod karczmą.

Dla osób lubiących widoki z góry była przygotowana platforma, z której można było bez problemu skorzystać.

Stary sposób pobierania wody. Jak znam życie, pewnie nieczynny :).

Na wodzie czekał kajak, którym pewnie można by było popływać. Dalej usytuowany był plac zabaw dla najmłodszych pociech.

Altana z ciekawym mostkiem nad wodą. Fajny sposób spędzania czasu wieczorkami.

Po zwiedzeniu i poznaniu miejscowych ciekawości przyszedł czas na ognisko. Hmm, czyżby ognisko? To raczej był pożar, a nie ognisko :). Po rozpaleniu tego usmażenie kiełbasek należało do nie lada wyczynów. Żar buchał na kilka metrów. Wszyscy czekali, aż konary się bardziej wypalą. Z drugiej strony czekanie, gdy głód nie daje spokoju nie jest fajne :P.

Do gaszenia ogniska można było użyć stojącej niedaleko psikawki – dobrej też na Śmigus-Dyngus :).

Co niektórzy skorzystali z patentu nagrzanych kamieni.

Ci bardziej niecierpliwi postanowili się zmierzyć się z gorącym żarem w gorący dzień i przystąpili do smażenia wędlin.

Jak wiadomo, ciepło ucieka do góry i taka pozycja wbrew pozorom ułatwiała osiągnięcie zamierzonego celu.

Aj buchało, buchało, ale człowiek głodny i żeby zdobyć jedzonko musi się trochę namęczyć :).

Z czasem kiełbasek coraz więcej przybywało wraz ze spadkiem temperatury ognia.

Buły na zagrychę już czekały na stole.

Ogień już nie taki silny, ale jeszcze uprzykrzał przygotowanie posiłku.

Po chwili zebrali się już wszyscy miłośnicy ogniska.

Dorzucić do ognia? :DD

Ojojojoj, coś zbyt mocno przypiekło :).

Po ognisku wspólna narada pod parasolem i opracowywanie trasy powrotu przez przewodników.

No i wreszcie rozdanie nagród. Losowanie numerków i wyczytywanie szczęśliwców.

Jedną z nagród był ręcznie wykonany wisiorek przez jednego z uczestników rajdu.

Po rozdaniu nagród i po pożegnaniu się, wszyscy wyruszyli w drogę powrotną.

Nasza grupa (z Grójca) wraz ze mną nie jechała już w peletonie z uwagi na bezsensowność ponownego jechania do Piaseczna, aby potem wracać praktycznie tą samą drogą. Tu się pożegnaliśmy i wróciliśmy do Grójca przez Lesznowolę.

To tyle na temat wycieczki z Piaseczna do Kawęczyna. Na pewno słowa uznania i podziękowania należą się tym, którzy się przyczynili do opracowania tej wyprawy. Zdaję sobie sprawę, że jej przygotowanie wymaga poświęcenia dużej ilości czasu, uwagi i wysiłku. Czasami po kilka razy trzeba ją przejechać biorąc pod uwagę różne sytuacje i czynniki. Coś skorygować, poprawić, przedyskutować.

Wycieczka bardzo ciekawa, urozmaicona. Dawno się tak nie bawiłem. Oby jak najwięcej takich :).

Żegnam się już z Wami drodzy czytelnicy i dziękuję, że dotarliście do mety tego opisu. Staram się pisać je w sposób jak najbardziej ciekawy, aby czasem nie nudziły.

lukenkuken