Utrudnienia na wąskiej i podmokłej ścieżce związane z ostrymi kolcami krzewów maliny od strony drogi asfaltowej łączącej z DK 50, wieś Jeziórka k. Grójca i Jeziora k. Grójca - szlak główny czerwony Krainy Jeziorki

Rajd rowerowy samotny: Grójec – Jeziórka – Osuchów – Grójec

Witajcie znowu!

Tym razem opiszę wycieczkę rowerową, którą odbyłem samotnie w sobotę 5 lipca 2014 roku z Grójca do Osuchowa, przez Jeziórkę.

Wyjazd zaplanowałem o godzinie 9 rano, słońce miło operowało na dworze i temperatura wynosiła około 21 stopni.

Wcześniej przygotowany do rajdu wyjechałem w trasę. Kierunek, który obrałem prowadził początkowo do Wilczogóry, lecz za górką o nieciekawej nawierzchni skręciłem w prawo. Pisząc dokładniej to jechałem wzdłuż żółtej trasy z Grójca do Jeziorki polecanej na stronie Krainy Jeziorki.

Przejechałem przez mostek nad Molnicą i skręciłem w lewo przez Załącze, aby pojechać długą prostą lekko pod górę. Nowy asfalt położony z dofinansowania z Unii Europejskiej uprzyjemniał jazdę.


Przejechałem równą drogą przez Dębie i potem wjechałem na wprost na drogę polną wśród sadów i pól uprawnych. Nawierzchnia początkowo twarda zamieniła się w piaszczystą, zwłaszcza w miejscu po śladach kół. Najlepiej wtedy jechać pośrodku nich w miejscu niewyjeżdżonym, gdzie dominowała głównie trawa, co też oczywiście zrobiłem.

Przejeżdżając przez te obszary zwróciłem uwagę na pięknie dojrzewające w słońcu owoce jabłoni, chlubę naszego regionu.

Pokonując trudny piaszczysty odcinek w Natalinie, trafiłem na trasę już bardziej ubitą, czasami kamienistą.


Dojeżdżając do skrzyżowania polnych dróg przywitał mnie znak wskazujący prawidłowy kierunek trasy, który prowadził po prawej stronie rosnących wiśni.

Jadąc zgodnie z zaleceniem skierowałem się przez przecięcie dróg mijając drzewka uprawne, trochę pól, a dalej trafiając na granicę lasu, w którym znikała ścieżka. Piękny widok, jaki mnie przywitał, skłonił do zatrzymania i jego podziwiania.

Po trwającym krótko postoju ruszyłem dalej przez niewielki odcinek lasu i dojechałem do skrzyżowania z drogą asfaltową. Według oznakowania miałem jechać na wprost kolejną leśną ścieżką.

Była dość podmokła, trzeba było nie raz ostrożnie przejeżdżać bokiem, aby nie sprawić sobie kąpieli błotnej. Taki odcinek miał długość około 1 kilometra. Po lewej, a bardziej po prawej stronie tej trasy widać było ślady wycinki drzew.

Wyjeżdżając z terenów leśnych wyjechałem na bardziej krzaczaste obszary. Droga uległa lekkiej poprawie, aczkolwiek o szybkiej jeździe można było zapomnieć. Z drugiej strony jednak lubię podziwiać naturę i mi to zupełnie nie przeszkadzało.

Na dalszym planie drogi co jakiś czas trafiały się zbite grupy pojedynczych sosen.

Na drogą latały sobie motylki bliżej nieznanego mi gatunku, ale oczywiście nie odmówiłem sobie uwiecznienia ich na cyfrowej błonie mojego aparatu fotograficznego.

Jak już się napatrzyłem na otaczające mnie środowisko, ruszyłem dalej. Po kilkuset metrach wjechałem znowu w las. Droga przez niego była o wiele lepsza, niż poprzednia. Dodatkowo prowadziła dość ostro w dół i konieczne było dość częste używanie hamulców z uwagi na zbyt szybko narastającą prędkość. Ślady pozostawione przez spływającą wodę świadczyły o zamieniającej się w rzekę ten odcinek drogi w czasie obfitych opadów.

Jeszcze gorzej było po dojechaniu do przebiegającej wzdłuż granicy lasu drogi. Występujące co kilka metrów wielkie kałuże skutecznie utrudniały jazdę i wręcz zmuszały mnie do pokonywania ich na pieszo.

Po uporaniu sobie z nimi i dotarciu do jezdni już w Jeziórce, oczyściłem rower i ruszyłem powoli w kierunku parafii p.w. Przemienienia Pańskiego. Jak dojechałem, zrobiłem kilka fotek kościoła i skierowałem się z powrotem.

Po drodze chcąc zrobić zdjęcie spacerującego kotka, natrafiłem na jego sprzeciw i jedyne co zdążyło mi się sfotografować, to jego ogon, kiedy przeskakiwał przez ogrodzenie.

Godząc się z tym niepowodzeniem, wstąpiłem do lokalnego sklepu i zaopatrzyłem się w nim w wodę do picia wiedząc o tym, że następny będzie dopiero spory kawałek dalej.


Po zrobieniu zakupów minąłem miejsce, gdzie zakończyłem batalię z kałużami i zatrzymałem się obok tablicy z mapą krainy Jeziorki kończąc tym samym żółtą trasę, a zaczynając czerwoną w kierunku Osuchowa.

Po zapoznaniu się z nią przejechałem przez mostek i nad przepływającą pod nim rzeki i skierowałem się wzdłuż niej skręcając w Jeziorach w boczną ulicę, a potem w dość mocno zarośniętą ścieżkę po lewej. Pieła się stromo w górę i dlatego wolałem podejść pod nią pieszo, aby nie obciążać za bardzo stawów.

Jadąc po niej pokonawszy wzniesienie mijałem ładne widoki po lewej, szczególnie zbite ściany lasów. Wjechałem w mały zagajnik i wysunąłem się dalej na leśną polanę otoczoną z czterech stron lasem. Wiejący wiaterek poruszał liśćmi drzew tworząc w ten sposób piękną melodię szumu i oddając magiczne odczucie tego miejsca. Poniżej zamieszczam film przedstawiający zaledwie ułamek tego, co ja odczułem.

W kilku miejscach na skraju lasu znajdowało się kilka ponumerowanych ambon myśliwskich.

Przechodząc dalej zauważyłem nieznany mi gatunek kwiatu.

Skierowałem się wzdłuż lasu i znalazłszy oznakowanie czerwonej trasy, które było dość skrzętnie ukryte na drzewie, pojechałem dalej.

Kiedy przejechałem przez zadrzewiony teren, wyjechałem jak się później okazało na bardzo trudny odcinek. Trasa przebiegała pod górę, do tego była dość mocno zarośnięta i nie było możliwości jechać. Prowadząc rower musiałem często omijać ukryte w trawie kałuże i unikać kłujących pnączy krzewów maliny. Ścieżka była dość wąska i przebiegała pomiędzy dwoma ogrodzeniami.

Najpierw minąłem tereny krzaczaste, by potem przejść obok rosnących sobie spokojnie po prawej drzew.

Po przejechaniu ciężkiej ścieżki, wyjechałem na dukt o trochę lepszej nawierzchni.

Wydawało mi się, że znajdowałem się w centrum lasu. Otoczony drzewami zachwycałem się pięknem natury. Jechałem powoli i podziwiałem. Raz mijałem polany, by potem wjechać znowu w las. I tak kilka razy. Prędkość nie była duża z uwagi na dość pagórkowatą drogę, która w jednym miejscu znowu ostro schodziła w dół i musiałem korzystać z hamulców.

Po przejechaniu przez niesamowity las dojechałem do rozpoczynającej bieg jezdni z nawierzchnią asfaltową.

Niedaleko jej znajdował się w budowie ciekawy budynek architekturą przypominający zamek. Według informacji zdobytych na miejscu mają się tu odbywać imprezy weselne i inne przyjęcia. Na uwagę zasługuje ciekawa brama wjazdowa oraz fosa, która niedługo ma zostać wypełniona wodą.

Po zobaczeniu budynku skierowałem się dalej wzdłuż nowego asfaltu, który prowadził w dół.

Znajdowałem się we wsi Osieczek. Ekipy drogowe były nawet obecne na miejscu i kontynuowali budowę drogi.

Kiedy dojechałem do skrzyżowania dróg to natrafiłem na nietypowe przeszkody, jakimi były usypane przez panów z budowy dwie górki z piachem i żwirem. Dzięki małej pomocy jednego z nich jakoś się przez nie przebrnąłem i skręciłem w lewo.

Po pokonaniu zakrętu w prawo będąc jeszcze w Osieczku dojechałem do zalewu, którego opiekunem jest Polski Związek Wędkarski.

Przy zalewie znajdował się dość ciekawy młyn. Natomiast po drugiej stronie jezdni znajdował się drugi mniejszy zbiornik z wodą.

Po wejściu na dość spory plac wszedłem na nasyp i zobaczyłem rozległy wodny teren.

W oddali w moim kierunku płyną kajakarz na swoim sprzęcie wodnym, a obok niego płynący kraulem jego towarzysz.

Po zejściu z nasypu zobaczyłem, jak kochająca para kręciła końcowy już film ślubny, a filmowali ich doświadczeni kamerzyści z prowizorycznej sceny.

Po pożegnaniu się wróciłem na swoją trasę i ruszyłem w drogę. Minąłem typowe zadaszenie leśne z ławeczkami i powoli zagłębiałem się w las. Minąłem domy jednorodzinne po lewej i wyjechałem na małą polanę.

Zwróciłem uwagę na tablicę przybitą dość wysoko na drzewie, na której widniał napis uświadamiający turystom, że las to nie śmietnik. Jak na przekór niedaleko tablicy walały się różne plastikowe kubki, opakowania foliowe i inne długo rozkładające się odpadki. Nie powinno tak być, że ludzie robią z lasu śmietnik, miejsce wywozu swoich nieczystości. Aż ciężko uwierzyć, że w dobie walki o czyste powietrze i nasze piękne środowisko naturalne znajdują się ludzie lekceważący sobie to. Czy sami nie korzystają z uroków lasu, jakimi są czyste powietrze, świeżość i niesamowity zapach? Czy nie odczuwają wtedy relaksu, odpoczynku i ucieczki od gonitwy, natłoku spraw i zanieczyszczeń jakimi cechują się miasta? Pewnie odczuwają. Dlatego apeluję do tych osób, którzy nadal traktują naszą piękną ostoję natury jak wysypisko śmieci, aby zaprzestali to robić. Są przecież miejsca, które są do tego wyznaczone, firmy, które się tym zajmują. I nie róbcie tego dla mnie, zróbcie to przede wszystkim dla siebie. Las leczy, las wycisza, las relaksuje. Przyroda wam wynagrodzi za to po stokroć.

Ruszyłem dalej, piękno lasu wręcz mnie zachwycało. Sosny, czasem inne gatunki drzew. Piękny zapach. Ach, to jest to. Ludzie z dużych miast zjeżdżają do sanatorium w Osieczku tylko po to, aby pospacerować po tym lesie. Gdyby to nic nie dawało, to by tego nie robili. Jednak daje, skoro robią to od wielu lat.

Las ciągnął się przez dość długi odcinek, co mi absolutnie nie przeszkadzało. Potem wyjechałem na utwardzony odcinek drogi kierujący się lekko w dół. Po prawej stronie znajdowały się ładne krajobrazy łąk, małych zagajników, jak i samotnych drzew na wzniesieniach. Gdzieniegdzie znajdowały się zabudowania jak stodoły czy obory. Korzystając z lepszej drogi pojechałem dość szybko w dół.

Dojechałem do Przykor i trafiłem na “Rancho u Dajmusa”. Właściciel oprowadził mnie po atrakcjach, których u niego nie brakowało. Po stawie pływały sobie wesoło kaczki, co jakiś czas otrzepując z wody swoje kuperki. Na miejscu znajdowało się również miejsce, gdzie można dobrze zjeść czy spędzić nocleg. Dom z tarasem przylegał do szerokiego stawu, gdzie można spokojnie spędzić czas.

Można także zrobić sobie grilla w specjalnie przeznaczonej do tego celu altance.

Następną atrakcją rancza było możliwość nauki jazdy konnej na spokojnych konikach.

Osoby lubiące piękno ptasich piór mogą podziwiać ogon królewskiego stworzenia, jakim jest paw, o ile ten zechce go rozłożyć :).

Po pożegnaniu się ruszyłem dalej asfaltową drogą, który ciągnął się przez Wilczorudę-Parcelę.

Minąłem pole z nieadekwatną liczbą strachów na wróble do jego wielkości.

Potem moją uwagę zwrócił kogut, który dumnie paradował wśród posiadanych przez siebie kur.

Mijałem kolejne ciekawe widoki i krajobrazy, w końcu dojechałem do Cychrowa.

Tutaj wyróżniały się głównie stawy otoczonych z jednej strony lasem, a z drugiej drogą. Nad nimi zerwała się prawdopodobnie czapla i robiąc kilka okrążeń wokół stawów wylądowała na jednym z drzew.

Następny kierunek wybrany przeze mnie wskazywał Osuchów. Droga prowadząca do tej wsi była już cały czas asfaltowa i w miarę prosta.

Lasy trafiały się już rzadziej i dominowały głównie pola ze zbożem, zwłaszcza pszenicą.

Pod Osuchowem zobaczyłem ciekawą altankę z mostkiem nad stawem. W oddali było już widać wieżę kościoła.

Za chwilę po prawej minąłem stadion z bieżnią.

Po jakimś czasie dojechałem do skrzyżowania niedaleko centrum wsi i odczytałem na znaku o zakończeniu trasy czerwonej.

Odbiłem jeszcze w lewo i pojechałem w stronę rezerwatu Grądy Osuchowskie. Jechałem drogą asfaltową pomiędzy lasem po obu stronach jezdni. Nie zauważyłem zjazdu do rezerwatu i dojechałem aż do jego skraju. Myśląc, że dobrze dojechałem wjechałem do najbliższego lasu, ale ścieżki nie znalazłem. Dopiero jak sprawdziłem na mapie, przekonałem się, że muszę się wrócić, co też zrobiłem.

Przejechałem jakieś 2 kilometry z powrotem i skręciłem w lewo w bardzo zarośniętą ścieżkę. Jakoś dając sobie z nią radę, dojechałem do tablicy informacyjnej rezerwatu. Dla ciekawości dodam, że gdzieś w okolicach swój początek ma rzeka Jeziorka. Obejrzałem gatunki drzew tam występujące, wróciłem do Osuchowa.

Zaopatrzyłem się w wodę do picia i jakieś batony. Obejrzałem także stojący niedaleko kościół.

Po całej wyprawie zarządziłem powrót i powoli się tocząc zmierzałem w kierunku Grójca. Zmęczony byłem średnio, więc podróż nie była ciężka.


Przerabiając wcześniej mapę wybrałem początkowo powrót tą samą drogą, ale już przed Wilczorudą skręciłem w prawo i pojechałem przez wieś Wiatrowiec. Trasa była także fajna, urozmaicona czasami spotykanym lasem, polami czy wsiami. Skracałem sobie drogę co główniejszymi drogami polnymi.

Ta górka okazała się nie tak groźna do pokonania, na jaką wyglądała.

Dalej pojechałem przez Daszew, potem Dąbrówkę, Czekaj, by dojechać do wcześniej odwiedzonego już Natalina i tutaj pokrywając się z trasą żółtą dojechałem do samego Grójca.

Uff, jak tu podsumować. Trasa pełna wrażeń, jak wynika z relacji, dużo zobaczyłem. Następna wyprawa wzdłuż rzeki Jeziorki planowana jest na wschód od Jeziórki aż do samego jej ujścia do Wisły, czyli za Konstancin-Jeziornę.

Do następnego zobaczenia na kolejnych relacjach 🙂

Pzdr
lukenkuken