Zbiórka uczestników rajdu rowerowego zorganizowanego przez stowarzyszenie WGR - plac Wolności w Grójcu

Rajd rowerowy WGR 31 sierpnia 2014: Grójec – Przypki – Grójec

Witajcie!

Kolejna wycieczka zorganizowana przez WGR KiS, tym razem do Przypek. Celem był VI Zlot Rowerowy Krainy Jeziorki, który odbył się w ciekawym miejscu pod nazwą “Rancho Pod Bocianem”.

Przewidywany dystans rajdu wynosił około 20 kilometrów w jedną stronę.

Wyjazd odbył się w ostatni dzień wakacji tj. niedzielę 31 sierpnia. Temperatura była optymalna i wynosiła o najcieplejszej porze dnia około 23 stopni w cieniu. Podczas spotkania na rynku w Grójcu, które odbyło się o godzinie 11, było w miarę pogodnie.

W rajdzie uczestniczyło około 20 osób. Krótko przed wyruszeniem w drogę Artur do nas przemówił informując o swojej nieobecności na rajdzie (nad czym zresztą głęboko ubolewał 🙂 ) i mianował Wacka na przewodnika grupy, który sprawdził się w tej roli doskonale.

Po przemowie ruszyliśmy dobrze znaną już nam trasą, czyli ulicą Kościelną, przez rondo, a dalej wzdłuż Armii Krajowej. Początkowo jezdnią, by potem wjechać na także nam znaną drogę rowerową.

Potem przejechaliśmy przez tą ulicę na drugą stronę i pojechaliśmy przez Kośmin, a następnie wjeżdżając na główną trasę Grójec – Piaseczno, przez Lesznowolę.

Podczas jazdy towarzyszyli nam jadący trochę wolniej uczestnicy, którzy po kilku minutach od wspólnego startu tworzyli swój własny peleton. Wspólnie uznawaliśmy zasadę, że jedziemy razem i gdy zbyt bardzo zostawali w tyle, to czekaliśmy do momentu, aż do nas dobiją.

Wśród wolniejszej grupy był obecny pewien młody chłopiec. Według moich obserwacji, nie pierwszy raz uczestniczył w rajdzie i jak znam życie nie ostatni. Godna podziwu jest jego wytrzymałość. Mimo tak młodego wieku dobrze sobie radzi z dystansami, z którymi nie poradziłby sobie niejeden dorosły człowiek. Co prawda jechał wolniej, ale to jest chyba oczywiste dlaczego (i nie mam na myśli złej kondycji).

Trasa była głównie asfaltowa, ale zdarzały się mniej ciekawe fragmenty dróg, o których napiszę w dalszej części opisu.

Podczas jazdy towarzyszyły nam różne widoki: od zabudowań, leśnych krajobrazów, łąk, a na polach uprawnych kończąc.

Kiedy dojechaliśmy do Gąsek, to tam spotkała nas niemiła niespodzianka. Zaczął padać deszcz. Początkowo zwykły kapuśniaczek, którym w ogóle się nie przejmowaliśmy. Ale jak zaczęło lać coraz mocniej, to wcale już nam tak wesoło nie było.

Na całe szczęście skorzystaliśmy z przypadkowo napotkanej przydrożnej, zadaszonej altanki. Całą grupą przeczekaliśmy sobie najgorszą ulewę. W międzyczasie nasze zainteresowanie zwróciło wyposażenie budowli. Jakieś szafki, stół, ławki, wędki, grill, kotary… Wszystko to, co potrzebne do miłego spędzania wieczorów.

Kiedy już przestało padać, wyruszyliśmy dalej. Asfaltem jeszcze się jakoś porządnie jechało mimo dość sporych kałuż, ale odcinek drogi dalej wjechaliśmy na nawierzchnię, która już mi się nie spodobała. Mokra, pełna kałuż i błota, zaczęła uprzykrzać nam wszystkim jazdę. Zwłaszcza mi i innym osobom, którzy mieli opony bardziej terenowe. Błoto wdzierało się między ząbki i wylatując do góry zgodnie z siłami fizyki lądowało na naszym ubraniu i rowerze. Finał był tego taki, że na koniec byłem cały w kropki jak pewien pożyteczny owad, który zwie się biedronka :(.

Dalej już było na szczęście lepiej. Wyjechaliśmy na jezdnię, gdy wyszło słoneczko i przyjemnie nas ogrzało. Jezdnia łączyła się później z drugą, która prowadziła już do samego Tarczyna.

Po drodze musieliśmy jeszcze pokonać skrzyżowanie z krajową siódemką.

Przejechaliśmy przez centrum Tarczyna, korzystając z lokalnej drogi rowerowej i skręciliśmy w lewo obok kościoła w drogę prowadzącą do Przypek. Do celu dzieliło nas już wtedy około 3-4 kilometrów.

Po drodze zawadziliśmy o Janówek, by w końcu znaleźć się u kresu celu w Przypkach.

Na “Ranczu pod Bocianem” gorąco przywitał nas pewien pan, który po zaparkowaniu rowerów zaprosił nas od razu na poczęstunek.

A tego tu nie brakowało. Szwedzki stół, a na nim masa różnego rodzaju sałatek, warzyw i pieczywa. Do tego kiełbaska z grilla, a do picia soki, herbata lub kawa.

Oczywiście po takiej wyprawie każdy czuł się głodny, więc skorzystaliśmy z zaproszenia. Po zaopatrzeniu się w potrzebny prowiant, usiedliśmy na ławeczkach i przy stole skonsumowaliśmy posiłek.

Po posiłku jeszcze trochę porozmawialiśmy, gdy zostaliśmy zaproszeni do wspólnego zdjęcia.

Podczas robienia zdjęć przez fotografów wszedł sobie jeden odważny chłopiec w centrum kadru i twardo pozował do ujęć :).

Kiedy wreszcie chłopiec zszedł z kadru za naszą namową, mogliśmy spokojnie zrobić sobie zdjęcie.

Po zdjęciu zaczął się czas turniejów dla najmłodszych. Były one różne jak na przykład toczenie koła, bieg w workach i inne.

Razem z kolegą postanowiliśmy obejrzeć lokalne atrakcje i korzystając z rowerów udaliśmy się w głąb posesji.

Po drodze napotkaliśmy ciekawe pole minigolfa i przy okazji dowiedzieliśmy się od pozostałych uczestników zlotu, że dalej nie wpuszczają z powodu imprezy zorganizowanej dla obywateli rasy azjatyckiej. Mimo ostrzeżenia zdecydowaliśmy się jechać dalej, w końcu byliśmy na rowerach, więc mieliśmy większe szanse się przedostać :).

Na całe szczęście dla nas, ochroniarz pilnujący przejścia akurat nie był obecny, więc daliśmy sami sobie przepustkę i pojechaliśmy dalej.

Z początku napotkaliśmy “Chatę Rybaka” nad zbiornikiem wodnym, w którym odbywała się wyżej wymieniona impreza. Nad nami rozciągała się infrastruktura parku linowego, z którego akurat korzystali chętni.

Po chwili przenieśliśmy się w inne miejsce oglądając napotkany mostek nad stawem.

Dalej znajdował się obiekt, w którym odbywały się różne dyskoteki i występy DJ-ów.

Obok niego zlokalizowany był dość duży plac, na którym znajdowała się między innymi zjeżdżalnia dla dzieci i boisko piłkarskie.

Po obejrzeniu atrakcji wróciliśmy do swojej grupy. Po drodze spotkaliśmy wcześniej nieobecnego ochroniarza, który jedynie co mógł zrobić to odprowadzić nas swoim groźnym wzrokiem :).

Na całej imprezie zorganizowanej dla rowerzystów chyba najliczniejszą grupę stanowiła nasza licząca 20 uczestników. Po cichu liczyłem na Piaseczno w liczbie co najmniej 50, przynajmniej na rajdach na ogół tyle było. Niestety, mocno się przeliczyłem. Cała liczba rowerzystów z Piaseczna wynosiła około osób 6 (plus minus 2 osoby). Poza tym były jeszcze osoby z Góry Kalwarii i pewnie z samego Tarczyna.

Po godzinie 15 i odbyciu zlotu postanowiliśmy wracać już do Grójca.

Najedzeni i zadowoleni, początkowo jechaliśmy trasą jaką przyjechaliśmy. Kawałek dalej zrobiliśmy małą korektę i pojechaliśmy wstępnie wzdłuż torów kolejowych, a potem trasą, którą uczęszczaliśmy w czasie wycieczki z Piaseczna do Kawęczyna.

W czasie powrotu zaistniała potrzeba ustawienia wysokości siodełka jednej z uczestniczek i po pierwszym zbyt wysokim jego ustawieniu, próba jazdy zakończyła się dla rowerzystki lądowaniem w rowie. Na szczęście kolejne próby już były mniej kaskaderskie :).

Po drodze spotkały nas ciekawe piachy oraz sosnowy las.

Przejechaliśmy przez Lesznowolę, Kośmin i wróciliśmy dokładnie tą samą trasą, jaką wyruszyliśmy w południe.

Troszkę zmęczeni, ale po raz kolejny zadowoleni pożegnaliśmy się ze sobą i wróciliśmy do domów.

No i to tyle, co mogłem napisać na temat tej relacji. Zapraszam do czytania kolejnych :).

Dziękuję wszystkim za lekturę

lukenkuken