Lokomotywa kolejki wąskotorowej L45H serii Lxd2 - okolice Runowa niedaleko Piaseczna (15 czerwiec 2014)

Rajd rowerowy WGR i przejazd kolejką wąskotorową 15 czerwca 2014: Grójec – Piaseczno – Runów – Grójec

Witajcie!

Na dzień 15 czerwca czekałem z niecierpliwością, szczególnie ze względu na możliwość przejażdżki kolejką wąskotorową. Jakoś nigdy nie miałem okazji skosztowania tej atrakcji i tym bardziej byłem podekscytowany.

Tego dnia w niedzielę był organizowany rajd rowerowy połączony z przejazdem kolejką wąskotorową przez Stowarzyszenie WGR Kultura i Sport do Runowa przez Piaseczno. Przejazd do Piaseczna został podzielony na dwie grupy: rowerową i autokarową. Rowerowa jak sama nazwa wskazuje polegała na dotarciu do Piaseczna na rowerach i wymagała dobrej kondycji z uwagi na dystans i czas przejazdu. Osoby nie czujące się na siłach na taką odległość skorzystali z drugiej opcji, a dokładnie z dojazdu na miejsce autokarem wraz z zapewnionym transportem rowerów. Ja oczywiście dołączyłem do grupy rowerowej.

Stawiłem się na miejsce o nietypowej godzinie spotkań na Rynku Miejskim – 8 rano, która była wymagana przez fakt dotarcia na miejsce w odpowiednim czasie. Było już kilka osób na rynku, a kolejne dołączyły chwilę później. Dokładnie nie pamiętam, ile w sumie osób było, ale myślę że około 8 do 10.

Po chwili ruszyliśmy w drogę i utrzymywaliśmy tempo dość szybkie. Pogoda niestety nie była idealna – dość chłodno i do tego jazda pod wiatr. Jednak wszyscy byli weseli i ochoczo pedałowali przed siebie. Nikt nawet nie myślał rezygnować z wycieczki. Początkowo jeden z uczestników miał problemy techniczne z rowerem, ale po chwili zostały zażegnane. Było kilka krótkich postojów, aby spokojnie dogonili nas rowerzyści jadący trochę wolniej. Na pewnym skrzyżowaniu rozgorzała mała dyskusja o przebieg trasy. Jeden chciał w lewo, a drugi w prawo. W końcu wybraliśmy to pierwsze i pojechaliśmy dalej.

Natrafiliśmy na drogę o nieciekawej nawierzchni dodatkowo zmoczonej po deszczu. Dołek za dołkiem, trzeba było lawirować obok nich jak między pachołkami. Dodatkowo jak ktoś sobie zrobił kawalerską jazdę, to na pamiątkę zostały mu po niej kropkowane plecy i nogi :).

Co pewien czas witały nas piękne widoki lasów i łąk dostarczając niezapomnianych wrażeń. Dalsza trasa obyła się bez większych problemów, wszyscy spokojnie dali radę. W Piasecznie pojechaliśmy bezpieczniejszymi skrótami w kierunku stacji kolejki, a ostatnie 2 kilometry przebiegały po ścieżce tuż obok torów kolejowych.

Dotarliśmy na miejsce pół godziny przed wymaganym czasem, więc można było spokojnie odpocząć. Tuż przed naszym przyjazdem przyjechał autokar z drugą grupą. Gdybyśmy dojechali parę minut wcześniej, to przyjazd obu grup fajnie by się zgrał.

Na peronie stała już lokomotywa kolejki wraz z przyczepionymi wagonikami. Organizatorzy rozdali batony i wodę. Po chwili przeszliśmy na peron z kolejką i załadowaliśmy rowery do specjalnego wagonu bez kilku szyb. Ci, którzy później w nim byli w czasie jazdy podobno nieźle zmarźli :), ale mam nadzieję że się nie rozchorowali od tego.

Po załadowaniu rowerów skierowaliśmy się w stronę wagonika specjalnie dla nas zarezerwowanego, gdy w tym samym momencie nadjechała drezyna o napędzie elektrycznym, która ciągnęła drugą o napędzie ręcznym. Ciekawe urządzenie dokładnie obejrzałem, po czym wsiadłem za innymi do wagonika kolejki. Prócz naszej wycieczki w kolejce były także inne osoby z Piaseczna i na pewno z dalszych miejscowości, którzy indywidualnie przybyli na atrakcję. W taborze zaskoczyła mnie toaleta z umywalką i zasilanie elektryczne wraz z ogrzewaniem. Spodziewałem się w takich raczej spartańskich warunków niż to co zastałem. Niestety, twardość ławek do siedzenia już mi się nie spodobała :-P. Po kilkunastu minutach zacząłem odczuwać dyskomfort i doszedłem do wniosku, że już wolę swoje siodełko w rowerze.

Przed wyruszeniem miałem jeszcze okazję podziwiać modelarnię z miniaturową kolejką z niezależnym sterowaniem komputerowym w tym samym budynku, w którym mieściła się kasa biletowa. Po obejrzeniu ciekawego modelu wróciłem do wagonika. Tuż przed wyruszeniem jeden z panów obsługujących kolejkę przez radiowęzeł wygłosił krótką przemowę i zaraz potem wszyscy poczuliśmy pojedyncze szarpnięcie, a po nim kolejka ospale ruszyła z miejsca. Pociąg najpierw powoli i leniwo przetoczył się przez skrzyżowanie dając sygnał z klaksonu, który wywarł na mnie niemałe wrażenie. Ilość decybeli niewiele mniejsza, jeżeli nie taka sama, od ryku normalnej lokomotywy.

Jadąc kolejką wzbudzaliśmy duże zainteresowanie mijanych mieszkańców Piaseczna. Jedni przystawali popatrzeć, a niektórzy nawet pozdrawiali nas ręką. Przejeżdżaliśmy przez kolejne skrzyżowania, by potem wyjechać poza miasto. Kierowaliśmy się w kierunku Tarczyna. Przejeżdżając przez malownicze lasy maszynista rozpędził skład do dużej prędkości, co także wywołało moje zdziwienie. Jego powodem było to, co usłyszałem od swojego taty. A mianowicie też miał okazję dość dawno temu przejechać się taką kolejką i pozytywnej opinii na temat jej szybkości jazdy próżno było u niego szukać. Powiadał, że można było w czasie jazdy wysiąść, zrobić 10 pompek, dogonić tabor i wsiąść z powrotem. Wyobraziłem sobie teraz, jakby to wyglądało gdybym zrobił teraz to samo. Pierwsza odpowiedź, jaka mi się nasunęła to próba opuszczenia kolejki przy tej prędkości mogłaby się zakończyć złamaniem nogi, a o dogonieniu jej pieszo mogłem zapomnieć :). Więc postęp technologiczny było widać. Prędkość podróży kolejką wąskotorową znacznie wzrosła.

Jechaliśmy po szynach przed siebie, czasami dość mocno kołysało wagonami jak na karuzeli, co bardzo spodobało się pasażerom. Zamknęliśmy okna w wagoniku, ponieważ duża prędkość powodowała dość mocne podmuchy zimnego wiatru. Gorzej mieli koledzy przebywający w wagonie dla rowerów.

Po jakimś czasie pociąg dotoczył się do stacji pod Tarczynem, w celu przetoczenia lokomotywy na drugi koniec składu. Korzystając z chwili przerwy większość pasażerów wyszło na zewnątrz rozprostować kości od twardych ławek. Po podczepieniu lokomotywy i zapakowaniu się z powrotem do wagonów kolejka ruszyła w kierunku Runowa. Sam przejazd trwał bardzo krótko, a w międzyczasie pan kolejarz rozdał wszystkim pyszne krówki z okazji rocznicy działalności kolejki wąskotorowej.

Po dojechaniu na miejsce przywitał na widok zorganizowanego dla nas pikniku. Wysiedliśmy i udaliśmy się po nasze rowery do specjalnego wagonu. Po ich odebraniu przełożyliśmy na później posiłek z uwagi na duży tłok i udaliśmy się do Miasteczka Westernowego w Runowie. Tam oczekiwał nas pewien pan przebrany za kowboja, który wręczył nam specjalne opaski umożliwiające swobodne poruszanie się po miasteczku.

Po odebraniu opasek i zaparkowaniu bicykli był czas wolny i każdy mógł sobie wybrać, co chce w danym momencie robić. Ja wybrałem się na zwiedzanie miasteczka razem z kilkoma innymi koleżankami i kolegami, gdy pozostała część poszła w kierunku ogniska zaspokoić głód.

W miasteczku można było kupić pamiątkowe przedmioty takie jak kapelusze, kajdanki i inne gadżety, zatańczyć z panem kowbojem rytmy country na specjalnej platformie, pobawić się w indian w specjalnie przygotowanych do tego szałasach, sprawdzić swoje umiejętności akrobatyczne na różnego rodzaju przeszkodach, postrzelać z wiatrówki lub łuku na strzelnicy, pogłaskać konika, porzucać kółkami na pal lub skorzystać z wielu innych ciekawych atrakcji. Największy ubaw mieli najmłodsi i całe rodziny, których w miasteczku nie brakowało.

Po obejrzeniu ciekawych zabudowań oddających klimat Dzikiego Zachodu udałem się na piknik zjeść gorącą kiełbaskę i pieczonego ziemniaczka z grilla.


Po posiłku zainteresowałem się lokomotywą, którą za opłatą można było się przejechać w jedną stronę i z powrotem. Po zapoznaniu się wstępnie z jej wyglądem udałem się wzdłuż torów na koniec wagonów, gdzie kursowała drezyna.

Nią również można było się przejechać za opłatą, z czego oczywiście skorzystałem. Można było wybrać przejazd maszyną elektryczną lub ręczną. Ja oczywiście wybrałem tą napędzaną siłą mięśni, ponieważ jazda czymś, co napędza silniczek nie daje takiej przyjemności. Wtedy nie czuje się tej magicznej chwili.

Po dobraniu sobie towarzyszy do 4-osobowej grupy: dwojga chłopców i ich ojca, ruszyliśmy do przodu. Chłopcy starali się mocno machać, ale coś czułem, że cała rola napędzania drezyny spoczywała w moich barkach, ponieważ pan tata wydawał się tylko udawać, że macha :-D. Dopiero później w drodze powrotnej poczułem, że zaczął już poruszać dźwignią na serio i udało nam się „wyciągnąć” aż 8 km/h! Wow! Wspomnienie niezapomniane.

Po krótkiej jeździe i bolącymi barkami udałem się na strzelnicę potrenować oko i pewną rękę. Strzelałem z typowej wiatrówki, która miała nawet dobrze ustawiony celownik, albo ja tak “celnie” strzelałem :-D. W każdym bądź razie wziąłem sobie na pamiątkę karteczkę, do której oddawałem strzały i wróciłem w miejsce, gdzie stały zaparkowane rowery.

Po jakimś czasie ogłoszono czas powrotu. Zebraliśmy się razem w miarę sprawnie i ruszyliśmy żwawo w kierunku Grójca, tym razem już wszyscy na rowerach. Naprawdę zebrała się spora grupa rowerzystów, długość peletonu nie miała końca. W wycieczce uczestniczyły całe rodziny, również ci najmłodsi, którzy mieli niewiele gorszą kondycję od dorosłych i bez żadnego kłopotu dojechali do celu.

Cały powrót przebiegał bez zakłóceń, później wyszło nawet słonko, które miło przygrzewało. Już na rynku tradycyjna runda po deptaku i po pożegnaniu się wszyscy trochę zmęczeni, ale szczęśliwi rozjechali się do domów.

Ważną sprawą jest fakt, że pomysłodawcą całej wycieczki był Sławek ze Stowarzyszenia WGR KiS, któremu mimo wielu trudności udało się ją zrealizować, za co wszyscy bardzo dziękujemy i chcemy więcej :).

To już wszystko z tej relacji i zapraszam do lektury innych równie wciągających opowieści, a najlepiej zamiast czytać to dołączyć do nas i samemu przeżyć to osobiście :).

Dziękuję i pozdrawiam

lukenkuken

PS. Powodem małej ilości zdjęć jest to, iż w momencie tego rajdu nie planowałem jeszcze prowadzenia tego bloga, więc ich tylu nie robiłem :).