Wschodzące słońce nad Morzem Bałtyckim widziane z plaży - Sztutowo

Sztutowo nad Morzem Bałtyckim niedaleko Gdańska i Elbląga

Witajcie po długim czasie braku relacji na moim blogu :)!

To moja pierwsza relacja z dłuższej wycieczki. Tym razem nie rowerem, a samochodem.
Wyprawa, w której towarzyszyła mi moja kumpela, kierowała nas nad polskie morze. Tym bardziej mnie to cieszyło, ponieważ nigdy tam nie byłem. A wszystko wskazywało na to, że będę.

Wyjazd został wyznaczony na godzinę 14 dnia 18 lipca, a mieliśmy wrócić w niedzielę 20 lipca późnym wieczorem.

Ja z bagażem musiałem jeszcze dotrzeć do Warszawy, jako że tam czekał transport na ulicy Hynka. Podróż pośpiesznym autobusem z klimatyzacją minęła mi przyjemnie, jak wyobrażałem sobie, co mnie czeka.

Wysiadłem na skrzyżowaniu ulic Grójeckiej i Hynka, a następnie wskoczyłem do samochodu marki Punto, który tam na mnie oczekiwał. Kierowcą była moja koleżanka i dla ciekawszej jazdy auto nie było wyposażone w klimatyzację. Szczególnie, że było dość ciepło. Mimo tych niedogodności starałem się nie marudzić, ponieważ ważniejszy był cel, a nie to co towarzyszyło po drodze.

Dojechaliśmy ulicą Grójecką do skrzyżowania z ulicą Bitwy Warszawskiej i skręciliśmy w lewo. Kierowaliśmy się na trasę Toruńską.


Tam niestety czekała nas niemiła niespodzianka w formie korków, którzy zafundowali nam panowie drogowcy. Według moich obserwacji, znowu najlepszą porą dla nich na wykonywanie remontów dróg był piątek w godzinach popołudniowych w czasie największego szczytu na drogach wylotowych stolicy. Pewnie nic nie robią od poniedziałku do czwartku, a w piątek przypominają sobie, że jednak coś trzeba by było zrobić, żeby chociaż normę wyrobić. No cóż, takie rzeczy jak to mawiają, tylko w Polsce (i w Rosji 🙂 ).

Po uporaniu się z korkiem kierowaliśmy się w stronę Marek. Ja na wszelki wypadek trzymałem aparat w ręku w razie zobaczenia ciekawych zdarzeń. I za kilka minut jedno takie się zdarzyło.


Panowie policjanci kryjąc się skutecznie pod krzaczkiem, jak te zuchy czaili się na nieświadomych kierowców. Techniki kamuflażu pewnie nie są im obce.

Dalej po drodze przejechaliśmy nad Wisłą i wjeżdżaliśmy na teren Pragi. Ze względu na dość kontrowersyjną opinię tej dzielnicy wolałem stamtąd jak najszybciej wyjechać :).

Minęliśmy o dziwo dość szybko Marki i dalej rozciągały się już same pozamiejskie widoki. Pola uprawne, zagajniki i laski. Co ciekawsze widoki oczywiście fotografowałem.

Jechało się w miarę dobrze z powodu małego natężenia ruchu, po to zresztą troszkę wcześniej się wyjechało z Warszawy. I brak klimatyzacji nie przeszkadza, wystarczy uchylić okno i w czasie jazdy już jest tak zwana wymuszona naturalna :). Gorzej jak się stoi. Ale wtedy nie staliśmy, więc się nie martwiłem.

Widoki, jakie nas witały przypominały o zaczętym już okresie żniw. Rolnikiem nie jestem, ale tego akurat się domyśliłem. Co kilka kilometrów w tle majaczyły sylwetki kombajnów młócących zboże. Towarzyszyły im stada gawronów wyłapujących z traw owady i pędraki.

Po drodze minęliśmy wieś o ciekawej nazwie Pawłowo :).

Dość często mijaliśmy miłośników dwóch kółek kierujących się do bliżej nieznanego nam celu. Ich wiek był zróżnicowany, co wskazywało na dość dużą popularność tego sportu.

Elementy krajobrazów w Polsce są zmienne w zależności od miejsca, w których akurat się znajdujemy. Na pewno nigdzie nie jest tak samo. Co każde miejsce odkrywa przed nami nowe tajemnice. Raz mijamy jakiś stary nieużywany komin, pewnie mający za sobą dość ciekawą historię, aby potem natknąć się na stojące w polu przyczepy z zebranymi snopkami.

Pewną ciekawostką jest fakt, że coraz częściej można zobaczyć w polskich pejzażach majestatycznie stojące wiatraki. Cieszy fakt, że odnawialna energia zyskuje u nas coraz większą popularność. Minusem jest jedynie zły wpływ na krajobraz. Ale tak to już jest, że w każdej sytuacji trzeba znaleźć uniwersalny kompromis.

W naszym kraju panorama natury mieszająca się z działalnością człowieka potrafi być naprawdę piękna. Ci bardziej wrażliwi na pewno potrafią to dostrzec. Daleko majaczą pojedyncze zabudowania, a przed nimi zbiorowiska drzew otoczonych polami ze zbożem.

Rzadko spotykaną sytuacją w mieście jest zobaczyć stado krów w takiej liczbie, gdzie na wsiach to jest normalne :).

Dalej na górce znalazła się restauracja w budynku o ciekawym wzornictwie.

Mimo północnej strony Polski w niektórych jej rejonach można było zauważyć tereny przypominające południowe wyżyny. Tak na tym zdjęciu widać jest dokładnie pochylone zbocze z lasem liściastym.

Kształt wytyczonej krajowej siódemki także nie pozostał na to obojętny.

Po przejechaniu terenów bardziej górzystych wyjechaliśmy z powrotem na bardziej płaskie pola uprawne i lasy. Widoki były czasami przepiękne.

Droga wiła się serpentynami odsłaniając za zakrętem niepowtarzalne pejzaże.

I w końcu dojechaliśmy do przedmieść Elbląga. Zdjęcia co prawda nie przedstawiają wiele z tego miasta, ale to głównie z powodu przebiegu trasy skrajem tego miasta. Od miasta ciągnęła się sporej długości droga rowerowa wzdłuż naszej trasy.

We wsi Jazowa przejechaliśmy nad dość dużą rzeką Nogat, która przepływa także niedaleko Malborka.

Na polach już gdzieniegdzie znajdowały się zebrane w bele snopki, które kiedyś miały postać prostopadłościanów.

Kilka kilometrów dalej trafiliśmy na znacznie duży korek, który na szczęście był w przeciwnym kierunku, niż jechaliśmy.

W Nowym Dworze Gdańskim skręciliśmy w drogę prowadzącą do Stegny, tutaj zabudowania wsi Cyganka.

Od tej pory wzdłuż ciągnącej się przeważnie w linii prostej jezdni towarzyszyły nam po lewej stronie tory kolei wąskotorowej.

W Rybinie zaciekawiły nas dwa zwodzone mosty, z których jeden umieszczony był nad rzeką Szkarpawa.

Co jakiś czas trafiały się ciekawe chaty. Choć trudno powiedzieć, czy budowane na wzór lokalnej tradycji.

Po pokonaniu prostej drogi dojechaliśmy do Stegny, a na rondzie skierowaliśmy się w prawo w kierunku Sztutowa. W samej Stegnie można już było zauważyć tłum turystów spacerujących ulicami w wieczornym słońcu.

I byliśmy już w Sztutowie kierując się prędko znaleźć miejsce na nocleg. Zdecydowaliśmy się zjechać w dół prawie na plażę ulicą Morską. Wydawała się ona dość długa w czasie jazdy samochodem. Natomiast później, jak robiłem spacerek do samego Sztutowa, jest ona do przejścia w pół godziny. Jak pamiętam, normalnym tempem.

W końcu dojechaliśmy na miejsce. Nocleg dla mnie znaleźliśmy na polu kempingowym w pobliżu plaży.


Na samo miejsce dostarczył nas dogorywający Fiat Punto. Mimo wieku i czekającego go szrotu obie strony pokonał bez problemu. Prosty samochód i właśnie to w takich lubię.

Na polu było zlokalizowanych sporo przyczep. Wiele osób korzystało z cudownych chwil urlopu. Na to się właśnie czeka cały rok.

Nad nami unosiły się dumnie rosnące wszechobecne sosny, które dodawały do powietrza upojnego zapachu. Niestety, miały też jeden minus w formie szyszek. A w czym mi przeszkadzały to opiszę trochę dalej.

Gęsto rozstawione namioty utrudniały znalezienie idealnego miejsca na jego rozbicie. Skierowaliśmy się wzwyż w poszukiwaniu takiego. Po krótkich poszukiwaniach znalazło się miejsce, może nie było idealne z uwagi na lekkie pochylenie terenu, ale lepsze niż żadne.

Koleżanka rozstawiała namiot mając już wcześniej w tym doświadczenie, a ja robiłem zdjęcia. W końcu namiot się rozkładał jednym ruchem, więc bałem się, że sobie z tym nie poradzę :D.


Na wszelki wypadek wbiło się w ziemię dołączone śledzie rozciągając tym samym linki, które się przy okazji znalazło.

Metrażem namiot nie powalał. Ale jesteśmy w końcu na wyjeździe, więc nie ma narzekania.

Po rozbiciu obozu i zaaklimatyzowaniu się skierowaliśmy się nad nasze upragnione polskie morze, nad którym ja sam osobiście nigdy nie byłem.


Tu już znajdowaliśmy się niedaleko wjazdu na nasze pole, gdzie stacjonowaliśmy. W dół droga prowadzi prosto nad morze.

Witał nas szyld informujący o kąpielisku morskim w Sztutowie.

Tablica przy plaży informująca o stanie pogodowym.

Obok stała dokładna mapka odzwierciedlająca położenie terenu. Każdy chcący zrobić sobie dalszą wycieczkę mógł z niej skorzystać wiedząc potem, gdzie się kierować i jakie atrakcje zobaczyć.


Parę kroków dalej rozpoczynał się natłok lokalnych barów i restauracji, głównie z daniami rybnymi.

Frekwencja była olbrzymia. Przy wejściu na bezpośrednią ścieżkę prowadzącą na plażę obowiązywał zakaz jazdy samochodów wyłączonych tych z dostawami do lokalnych barów.

Ogromna ilość osób niedaleko plaży, na dalszym planie już majaczył zachód słońca na tle morza. Ach, niezapomniany widok.

O dziwo, przed zejściem na plażę, postanowiliśmy coś zjeść. Dodatkowo solidnym powodem do tego był fakt, że była późna godzina i w czasie powrotu pewnie będzie już wszystko zamknięte.


Nie tracąc cennego czasu zdecydowaliśmy się oczywiście tradycyjnie jak to nad morzem na jedzonko z rybą. Wybrałem flądrę. Dlaczego taką rybę, a nie inną? Proste. Bo był najtańszy. Tu niestety muszę skrytykować ceny praktycznie wszystkiego w Polsce nad Morzem Bałtyckim. Wiadomo jak się w Polsce żyje, jak zarabia – przynajmniej większość ludzi. A ceny tutaj to po prostu skandal. Pierwszy raz się tu znalazłem, ale to mnie zaszokowało. Takie ceny to są akceptowalne w Niemczech albo Anglii, gdzie jest inna stopa życiowa.

Jak już zjedliśmy, przywitała nas noc. Ładnie wyglądające neony knajpek oświetlały ścieżkę.

No i wreszcie długo oczekiwany moment. Bezkresne morze… I to od razu zaraz po zachodzie słońca… I tutaj oddałem się chwili i “łykałem” oczami ten ogrom natury.

Po obu stronach ścieżki rozciągał się las, w którym między innymi znajdował się rezerwat kormoranów. Wrażenia po zobaczeniu morza, które Polska ma w posiadaniu, były niesamowite. Malowniczo pomalowane w odcieniach czerwieni niebo wpadające w granatową toń bezkresnego morza. Tego po prostu nie da się opisać słowami, ta nieskończoność, ta siła, ta moc, ta wolność, ten inny świat rządzący się swoimi prawami, prawami natury…

Zeszliśmy na plażę, a ja się czułem jak w innym świecie. Oczywiście tym lepszym. Ludzie powoli przechadzali się wzdłuż brzegu wśród szumu morskich fal. Taki spacer uspokajał i relaksował, pozwalał także uciec od wszelakich problemów życia codziennego. Tak jakby ich w ogóle nie było. Liczyła się tylko ta obecna chwila… Mi już słów brakuje, jak tu dobrze oddać te wrażenia, więc resztę musicie sobie wyobrazić :).

Po wyjściu na plażę po lewej stronie naszym oczom ukazały się boiska do siatkówki, a po prawej coś w stylu klubu imprezowego. Można tam było potańczyć, pograć w automaty, napić się (soczku :D) lub nawet dobrze zjeść.

W dali było widać na plaży jakieś światełka, w kierunku których z ciekawości się wybraliśmy.

Byliśmy najedzeni, więc głód nam nie przeszkadzał. Czasu też mieliśmy sporo, w końcu byliśmy na wakacjach, więc sobie tak powoli szliśmy. Przechadzka plażą nie należy do najłatwiejszych, szczególnie gdy się idzie jej środkiem. Piach hamuje impet kroków, dodatkowo stopy za każdym razem zapadają się w niego. To wszystko sprawia, że prędkość marszu jest o wiele mniejsza i wymagany jest do niego większy wysiłek.

Dobrym sposobem na ominięcie tego jest wędrówka tuż przy brzegu. Mokry piach regularnie zalewany przez fale tworzy idealnie wyprofilowany przez wodę jakby “chodnik”. Jest w stanie utrzymać bez zapadania się dorosłego człowieka. Idealnie się po nim chodzi, o wiele lepiej niż po niektórych chodnikach w naszych kochanych polskich miasteczkach :). Zachęceni przez akceptowalną temperaturę wody, zdjęliśmy buty i zrobiliśmy sobie spacerek mocząc nogi w morzu. Fajna sprawa i polecam każdemu, byle woda nie była za zimna. Moje odczucia po zmoczeniu nóg w polskim morzu były niesamowite.

Moim pierwszym zdziwieniem było to, że odległe świecące punkciki wcale się nie powiększały. Po kilkunastu minutach spaceru wiele się nie przybliżyliśmy. Błędnie zakładałem odległość na plaży. Pewnie spowodowane jest to tym, że brak zabudowań i płaski teren potrafią zmylić postrzeganie dystansu.

Idąc dalej rozmawialiśmy sobie na różne tematy, brodząc w wodzie i smagani przez wiatr znad morza. Po długim marszu dochodząc do tych światełek okazało się, że ich blask oddają ogniska rozpalone przez parę zakochanych. Zrobili sobie biwak nad morzem wykorzystując romantyczne otoczenie. Od siebie dodam, że noce nad morzem potrafią być zimne, dodatkowo silny wiatr nie polepsza sprawy. Niezłym wyjściem w takiej sytuacji było rozbicie namiotu, tak jak zrobiła ta para. Ale znam sytuację nocowania na plaży bez namiotu, jaką przeżyli dwaj moi znajomi. Przyjechali oni nad morze planując noc spędzić pod gołym niebem. Nie zdawali sobie sprawy z niskich temperatur panujących o tej porze doby. Ratując się przed zamarznięciem wykopali nieckę w ziemi i ubrali wszystkie ubrania, jakie mieli ze sobą. Ogólnie było wtedy nieciekawie, jak się dowiedziałem :).

Przeszliśmy kawałek dalej, a następnie się wróciliśmy, ale już nie do punktu początkowego.

Zboczyliśmy z trasy do lasu, do którego wchodzi się pod spore wniesienie. To było jedno z ponumerowanych kolejno oficjalnych wejść z plaży rozciągających się na duże odległości. Odległość jednego wejścia do drugiego to mniej więcej 1 kilometr. Tak mi się przynajmniej wydawało.


Będąc przy takim wejściu zauważyliśmy świecący punkcik koloru zielonego w trawie. Okazało się, że to świetlik. Złapać go aparatem w trybie nocnym nie sposób był, ale udało się zrobić mu zdjęcie z użyciem lampy błyskowej. Błysk był na tyle silny, że oddaje wrażenie zrobienia zdjęcia w dzień.

Idąc skrajem lasu leśną ścieżką, która prowadziła niedaleko plaży nie czułbym się zbyt dobrze, gdyby nie latarka. Cisza, jedyny odgłos fal w oddali. Wypatrywałem zwierząt, ale nie mogłem nic zobaczyć. Świetliki co jakiś czas trafiały się po bokach ścieżki.


Dochodząc do głównej drogi prowadzącej na plażę ze Sztutowa, minęliśmy miejsce noclegowe przyjaciółki, które było umiejscowione bardziej w głębi lasu.

Natknęliśmy się na opustoszałą, ale już oświetloną drogę. Była godzina 23 i spotkać było tylko nielicznych, w większości lokalną młodzież. W jednym budynku było słychać śpiew grajka na gitarze, w innym jakąś imprezę i śmiechy ludzi na niej zgromadzonych.

Poszliśmy jeszcze na plażę, a ja przy okazji zrobiłem zdjęcie nieba, na tle którego było widać gwiazdy tworzące wielki wóz.

Po krótkim pobycie wróciliśmy do siebie na nocny spoczynek. Prysznic i toalety znajdowały się w niewielkim domku, wspólne dla wszystkich. Kiedy z nich skorzystałem, zdecydowałem się nocować pod gołym niebem z uwagi na moje podejrzenia odnośnie metrażu namiotu, który mnie nie napawał optymizmem. Tak jak wcześniej wspominałem, teren na którym rozbiliśmy namiot, był pochylony. I ja na takim samym rozłożyłem się na karimacie. Na efekt nie było długo czekać, regularnie co godzinę musiałem wtaczać się z powrotem na karimatę. Całości dopełniały dobrze ukryte szyszki, które wydawało mi się, że wszystkie usunąłem. Wpijały się wszędzie i robiły wszystko, abym się nie wyspał :). Poza tym noc spędzona pod gołym niebem była super i gdyby nie te mankamenty, lepszego spania już bym nie szukał.

Po długiej i trochę nieprzespanej nocy czekałem tylko na wschód słońca. Kiedy tylko pierwsze promienie oświetliły ziemię, ja wdzięczny za to, że już nie muszę się męczyć z szyszkami, wstałem i pobiegłem na plażę zabierając ze sobą cały sprzęt.


Tu o godzinie 4.45 jak widać, parę osób już korzystało z uroków morza. Ja wstałem tak wcześnie w celu zrobienia fotografii wschodu słońca.

Poszedłem kilka metrów do przodu w kierunku, jakim szedłem dnia poprzedniego.


Rozstawiłem sprzęt i zacząłem uwieczniać płonący glob, który zaczął powoli wynurzać się zza horyzontu.

Nie wiem, czy ktoś by odgadł po tym zdjęciach, czy to wschód czy zachód słońca.

Na plaży trafiali się osoby, które chodziły z wykrywaczami metali szukając skarbów.


To samo, co widzieliśmy wczoraj, tyle tylko, że tym razem w dzień.

Rano morze jest o wiele spokojniejsze, wiatr też jest słabszy. Szum wydawany przez morze ma jakby inny odgłos w godzinach porannych.

O godzinie 5 po zrobieniu zdjęć wschodzącego słońca udałem się do lasu.

Cofnąłem się do głównej drogi i zacząłem wędrówkę po lesie od tej samej strony, którą wczoraj wróciliśmy.


Dobrze widoczna tym razem ścieżka wiła się przez las, ale ogólnie kierunek był prosty.

Wraz z kolejnym krokiem robiłem zdjęcia drzew, które ciekawie komponowały się na tle słońca.

W tym miejscu znajduje się jedno z licznych oficjalnych wyjść na plażę. Często towarzyszy temu wzniesienie. Po dojściu do takiej ścieżki można było iść dalej prosto wzdłuż plaży lub skręcić w prawo w głąb lasu. Ja oczywiście skręciłem w prawo mając na celu coś sfotografować.

Jeszcze nie było na tyle jasno, aby nie można było dostrzec na tle nieba srebrnego globu, księżyca.

Idąc tak kilkaset metrów doszedłem do miejsca, gdzie po lewej i prawej stronie znajdował się parów. Bardzo ciekawie to wyglądało. Na jego dnie rosły sobie zwyczajnie drzewa i nie wyglądało, aby to im mogło przeszkadzać.

Dalej ścieżka schodziła w dół, a liczba drzew zaczęła gęstnieć.

W pewnym momencie doszedłem do ciekawego miejsca. Mianowicie środek lasu był porośnięty obumarłymi drzewami, ale już nie tak gęsto jak jego reszta. Wyglądało na to, że trafiłem na miejsce, gdzie o poranku zbierają się ptaki i wymieniają swoje poglądy. No to ja po cichu zalogowałem się w strategicznym miejscu na górce i złapałem za aparat.

Ptaszki przefruwały to z jednego drzewa na drugie radośnie przygotowując się do następnego dnia.

Jak fociłem z oddali gatunki ptaków bliżej mi nieznanych, nagle tuż “pod mój nos” przyfrunął dzięcioł i zawisł na korze drzewa, obok którego się znajdowałem. Nie wiem dokładnie, jakiego gatunku był ten dzięcioł, ale postanowiłem go dobrze sfotografować, przy okazji go nie płosząc. Wędrował sobie po korze i ciekawie podpatrywał pędraki, na które miał ochotę.

Kiedy poczekał, aż go sfotografuję, odleciał na wyższą gałąź także na tym samym drzewie. Robił sobie poranną toaletę jednocześnie ogrzewając się w promieniach wschodzącego słońca.

Po pewnym czasie zmieniłem po cichu miejsce oczekiwania na drugą stronę tego miejsca. Niektóre prawie całkowicie ogołocone drzewa to jakby żywcem przeniesione z filmów dokumentalnych. Niesamowite miejsce, które ze wszystkich stron otoczone jest wzniesieniem.

Po obejrzeniu widoków wróciłem na ścieżkę i ruszyłem dalej w głąb lasu.


Nagle przez ścieżkę przebiegło duże zwierzę. To była sarna. Wdrapała się na lekkie wzniesienie, odwróciła się i mnie obserwowała. Jakby czekała, abym zdążył jej zrobić zdjęcie, co też uczyniłem. Po chwili odwróciła się i ruszyła powoli przed siebie.

Ja mając takie nie często robione takie zdjęcia postanowiłem wracać. Po drodze już nie miałem bliższych kontaktów z naturą, choć w jednym miejscu po ścieżce dreptało ptaszydło, które więcej hałasu robiło niż wyglądało :).

Kiedy doszedłem na plażę, dzień już był dobrze rozpoczęty. Była godzina 7. Próbowałem się skontaktować z koleżanką, która jeszcze spała, jak szedłem na polowanie foto. Niestety, problemy z zasięgiem, którego więcej nie było niż był, skutecznie to uniemożliwiały.

Idąc po plaży spotkałem pewną panią, która usuwała torby ze śmieciami. Po krótkiej rozmowie dowiedziałem się od niej, że czasami w godzinach porannych potrafią odwiedzać ją kormorany na plaży. Jak łatwo było się domyśleć, miałem już jeden poranek zaplanowany na przyszłość.


Idąc powoli w kierunku obozu wzdłuż plaży fotografowałem mewy i rybitwy. Niektóre zawisały w pewnym momencie nad wodą i dostrzegając rybę ostro nurkowym lotem wlatywały w wodę łapiąc ją w dziób.

Niektóre idąc na łatwiznę czekały sobie na brzegu plaży, aż zagubione rybki same do nich podpłyną. Były bardzo odważne i przyzwyczajone do człowieka. Pozwalały mi się podejść nawet na kilka metrów, czego akurat nie żałuję, ponieważ zyskałem dzięki temu fajne zdjęcia.

Tajemnicę przesiadywania tych ptaków na plaży rozwiewa jeszcze jeden fakt. Co rano tuż na brzegu pełno jest takich małych, skaczących owadów. Myślę, że żywią się także nimi, choć mogę się mylić.

Fotografując szedłem sobie dalej brzegiem i przy okazji rozglądałem się za ciekawszym okazem bursztynu, które wyrzuciłoby morze. Z całego wyjazdu znalazłem jeden większy, ale jeszcze nie robiący aż takiego wrażenia. Zabrałem do domu na pamiątkę i szczęście.


A ten tutaj ma jakiegoś dzikiego pasażera, wyglądało mi to na ważkę.

Ciekawie się zachowywały te ptaki. Gdy fala uderzała, fajnie odbiegały w kierunku plaży. Gdy się cofała, tak samo szybko podążały za nią. I tak w kółko. Śmiesznie to wyglądało.

Różne gatunki ptaków wodnych uwieczniłem na zdjęciach, ale większości z nich nie potrafię rozpoznać.


Niektóre znowu pływały po wodzie niczym kaczka wypatrując przekąsek. Ta tutaj włączyła napęd, pewnie postanowiła zmienić miejsce łowisk.

I ciekawostka, kormoran. W czasie mojego pobytu rzadkość. Bardzo często odlatywały w głąb morza, a ten tutaj trafił się blisko plaży. Pływając nurkował w wodzie łapiąc rybki i po chwili wypływał.

Tutaj odbywające częste loty z gniazd w morze i z powrotem. Kormorany latają samotnie lub w grupach. Zauważyłem, że na to nie ma reguły. Z moich obserwacji doszedłem do wniosku, że obierają formę klucza w czasie wspólnego lotu.

Po chwili zadzwoniła kumpela. Poinformowała mnie, że idzie w moim kierunku wzdłuż plaży. Po przebyciu długiej drogi wreszcie do mnie dołączyła. Wspólnie zdecydowaliśmy się wybrać do Rezerwatu Kormoranów.


W międzyczasie sfotografowałem jakiś stateczek.

Aby dojść do tych ptaków, musieliśmy udać się znowu w głąb lasu. To znaczy znowu ja, panienka to pierwszy raz :P.


Po drodze spotkałem dość popularnego także i u nas w centralnej Polsce, trzmiela :).


Po zrobieniu zdjęć tym niesamowitym ptakom trafiłem na inny ciekawy temat, ale tym razem w skali bardziej micro. Mianowicie mucha, która wpadła w sieć pająka, a który już sobie ostrzył sztućce :). Owad rozpaczliwie próbował się uwolnić, ale ten systematycznie podbiegał do niego, owijał w swoją nić i odbiegał. Pewnie się nas wstydził, że on ma posiłek, a my nie :).

Po pewnym czasie, minęła nas grupa dziewczyn na koniach, które zmierzały na plażę.

My zrobiliśmy to samo, ale po drodze trzeba było jeszcze pokonać nieciekawy teren pod gniazdami kormoranów.


Kiedy dotarliśmy na plażę, dziewczyny oddaliły się od nas spory kawałek i jechały powoli na koniach wzdłuż brzegu.

W pewnym momencie zawróciły i zaczęły wracać tą samą drogą. Kiedy do nas dotarły, pozwoliły sobie zrobić kilka zdjęć. Takie spędzanie czasu na koniu na plaży to niesamowita sprawa. Trochę im pozazdrościłem :P. Po sesji zdjęciowej wróciły do lasu, a dalej do swojej stadniny.

Nagle nad nami przeleciał samolocik. Ja mając w ręku aparat zdążyłem mu jeszcze zrobić zdjęcie :). Na powiększeniu zdjęcia nawet widać, jak pilot pozuje do niego. Ale nie będę go tu zamieszczał, ponieważ może sobie tego nie życzyć :D.

Tu na plaży jakieś dziwadło, nie wiem co to. Może jakiś gatunek ameby?

Postanowiliśmy udać się wzdłuż plaży do Kątów Rybackich. Mieliśmy czas, a jak! Więc można sobie pozwolić na długie wędrówki.


Powoli zaczynał już się robić tłok na plaży wraz z malejącą odległością do Kątów.

Taka odległość w danej chwili dzieliła nas od Sztutowa. Doskonałym punktem odniesienia jest namiot z reklamą pewnego napoju.

Niedaleko brzegu pewien facet wykonywał akrobacje na skuterze wodnym. Ciekawe, jak się na tym pływa i czy jest to trudne.

Na tych zdjęciach widoki od morza, czyli ja w nim, a aparat ze mną.

Na morzu kilkaset metrów od brzegu kołysał się kuter rybacki.

Frekwencja na plaży była spora, każdy chciał wypocząć i się opalić.

Do pana na skuterze dołączył drugi i rozpoczęły się wyścigi. Prędkość te maszynki potrafią osiągnąć sporą.

Znalazł się także motolotniarz. Nad morzem nie trudno o wiatr, więc latanie powinno być przyjemniejsze. Wyścigi skutera i motolotni. Hmm, kto ma przewagę? Osobiście stawiam na szybowanie.

Kormoran w wersji startowej do lotu.

Figura z piasku, trochę popsuta. Kto zgadnie, co to za ryba?

Będąc w Kątach, można było się bliżej przyjrzeć pływającym sprzętom. Te tutaj pewnie do wynajęcia na czas.

Kuterki rybackie przycumowane na plaży, a obok opalali się wczasowicze :). Mnie tylko zastanawia, jak oni później te łodzie wodują…

Hmm, ciekawy patent na ster. Pewnie z wymiennym wkładem.

Łódź ratunkowa, ale ratownik nie chciał jej nam pożyczyć nawet na chwilę :(.

Główna ścieżka z plaży w Kątach. Byliśmy głodni więc udaliśmy się sprawdzić, co tam mają dobrego.

Transport na plażę mają tu troszkę lepszy niż w Sztutowie. Ale ceny jedzenia takie same, czyli holendarnie wysokie.

Pod tym niebieskim pokrowcem odbywało się cięcie metali i spawanie, tak dla jasności, ponieważ zdjęcie nie odda tych dźwięków, które temu towarzyszyły.

Ale dużo czerwonych chorągiewek. To chyba super zakaz kąpieli w morzu ;).

Plażowicze mają taki zakaz głęboko w poważaniu ;).

W wodzie można w różny sposób spędzać czas, na przykład grając w piłkę ręczną.

Wokół fruwały tylko mewy i co jakiś czas ostro nurkowały.

Do Warszawy proszę, na Zachodni…

Naturalna lodówka, patent wykorzystywany przez wiele osób.

Podziwiam takie osoby. Kondycję trzeba naprawdę mieć stalową, aby tak pływać. Duży szacunek.

Jedna z zabawek w kształcie rekina. Co też ci producenci nie wymyślą, aby tylko sprzedać produkt :).

Już mocniejsza wersja, tym razem dalekobieżna. Do Moskwy proszę…

Ten pies raczej nie miał ochoty na opalanie, a raczej na jakąś zabawę czy smakołyki.

Za jakiś czas kurs z Zachodniego powrotny, tym razem z innym pasażerem.

Fajny piesiunio, który ciągle by się bawił.

Pan ratownik miał jakieś problemy techniczne na swojej łodzi. Mamy nadzieję, że szybko sobie z nimi poradził.

Skutery wodne też potrafią fruwać, na tym zdjęciu ledwo dotyka wody.

I już ponownie w Sztutowie. Sporo wczasowiczów, dostarczają nawet zimne lody na miejsce. Zdarzają się także inne, bardziej wykwintne potrawy dystrybuowane w podobny sposób. Tego dnia woda była dość ciepła, dlatego sporo osób skorzystało z przyjemnej kąpieli w słonej wodzie.

Bardzo mi się podobało te załamywanie fal.

Z uwagi na dość mizerny posiłek w Kątach, postanowiliśmy zjeść coś w Sztutowie. Standardowo flądra. Na tym zdjęciu wersja tak zwana po kuracji odchudzającej.

Z uwagi na liczne skargi, że ogrzewanie z nieba jest za mocne, panowie elektrycy postanowili coś z tym fantem zrobić.

Na plaży można też pouczyć się sztuk walki. W tym przypadku ta dziewczyna zaraz wyląduje na ziemi. I to nie będzie łagodny upadek. Czasami nauka potrafi być bolesna :). Hmm, ale raczej nie dla mnie :P.

Hmm, ciekawy wóz. Podobno jakieś wesele było czy coś. Zdjęcie z przodu i z tyłu.

Zejście na plażę w godzinach mocno popołudniowych. Słońce grzało, a ja chwilowo skryłem się w cieniu.

Po odpoczynku wybrałem się znowu na plażę. Tu widać, że morze wyrzuca różne przedmioty.

O jaki cwaniaczek dorwał sobie pieczywo. Udało mu się :).

Marsz, żołnierzu. Po nowe rybki.

Dostaliśmy wcześniej info, że na plaży pod wieczór pojawią się znowu dziewczyny na koniach. Więc udaliśmy się w stronę Kątów i tam czekaliśmy. Tym razem miały miały chodzić w morzu. Na początku pojawiły się, tylko z drugiej strony. Było to wszystko robione po to, aby popędzić galopem :), co zresztą widać na zdjęciach.

Wejście do lasu, a potem bliżej wieczora ponownie się zjawiły. Tym razem do sesji z końmi w wodzie.

W międzyczasie osoby nocujące na plaży przygotowywały się do rozpalenia ogniska.

Tu dość ciekawa sprawa. Najpierw przeleciał facet na motolotni, który podniósł lewą rękę w celu pomachania lub zasłonięcia twarzy, a zaraz za nim zbliżoną prędkością poleciał śmigłowiec. Tak, jakby go ścigał. A jak było naprawdę, to nie wiem.

Po pewnym czasie zjawiły się konie z dziewczynami, aby pozować do sesji. Poniżej zamieszczam kilka zdjęć.


Nie obyło się bez pewnych problemów. Tutaj konik się uparł i nie chciał pozwolić na siebie wsiąść. Nawet swój protest okazywał wierzganiem kopyta.

Z pomocą koleżanki w końcu się udało :).

I wszyscy razem…

Wieczór drugiego dnia w Sztutowie przywitał efektowny zachód słońca.

Po spędzeniu wieczora nad morzem wróciliśmy do miejsc noclegowych. Zsuwanie z karimaty nie bardzo mi odpowiadało, więc zdecydowałem się na nocleg w ciasnym namiocie. Zrobiłem duży błąd. Tam było jeszcze gorzej. Leżałem na konarze, a dodatkowo było strasznie duszno. Prawie całą noc przeleżałem nie zmrużywszy oka. Nie ma się czemu dziwić, że o 3.30 byłem już na plaży. Koleżankę z hotelu też wyciągnąłem.

Ja czekałem na drugi wschód słońca, a potem na kormorany, które miały się zjawić potem na plaży. Kumpela czekała tylko na kormorany.

Jakaś dwójka nie za bardzo trzeźwo myślących panów około 500 metrów od nas zaczęła odpalać petardy w morzu. Zacząłem się obawiać, czy to czasem nie wypłoszy ptaków. I niestety miałem rację, ale co mogłem zrobić? Nic :(.


Po chwili słońce zaczęło się powoli wynurzać. Naturalne piękno :). W tle widać przelatujące ptaszki.

Tu miałem wiele szczęścia, rzadko widywane ptaki w tym rejonie. Prawdopodobnie to łabędzie nad morzem.

Ptak, który wydaje się, że spędził noc na plaży.

I kolejny gatunek ptaka, który tu występuje.

Poszukiwanie skarbów. Ciekawe, ile można na tym zarobić :).

Wydaje się, że jerzyk. Ale gwarancji nie dam.

Po powrocie do obozu przeszliśmy się do Sztutowa. Jak się potem okazało, droga tam nie jest wcale taka długa, jak się wydaje. Już dalej jest idąc plażą.

Trzeci dzień w Sztutowie. Okolice naszego obozu, a następnie ta sama główna ścieżka i wejście do lasu.

Słońce na nowo zaczęło ogrzewać, więc tłumy zaczęły ściągać na plażę.

Tego dnia miały się odbywać zawody piłki plażowej, co zainteresowało wielu kibiców.

O godzinie 14 udaliśmy się na posiłek, znowu flądrę. Na zdjęciu tym razem wersja full.

Niedaleko nas w tym czasie mama prawdopodobnie jerzyka, które nie należy mylić z jaskółkami, opiekowała się młodymi w gnieździe. Na drugim zdjęciu ptak ten w dziobie coś trzymał, dokładnie nie wiem co. Podejrzewam, że materiał do budowy gniazda.

Po najedzeniu się poszliśmy najbliższą dziką ścieżką tuż przy plaży wzdłuż skraju lasu.

Potem poszliśmy w te same miejsce, gdzie spotkałem dzięcioły. Jakieś dziwadło zaczęło do mnie przyfruwać. Duże to i głośne. Ale bardzo nieporadne w locie. Często wpadało na przeszkody. Ale czemu to to do mnie leciało to nie wiem.

Niedaleko w krzewach siedział sobie na gałęzi pewien ptaszek. Pewnie myślał, że jest niezauważony, ponieważ nie uciekał. Nie chciałem tego zmieniać i zostawiłem go w tym przekonaniu.

Po spędzeniu tam kilku chwil wróciliśmy na plażę. Pewien ptaszek robił sobie toaletę w morskiej wodzie.

Następne budowle z piasku. Tym razem w roli głównej pająki.

Który więcej wypije…

Tego dnia wiatr był trochę silniejszy, co powodowało wyższe fale.

Spacer późnym wieczorem przy brzegu morza.

I kolejna noc nas przywitała do spędzenia w Sztutowie. Ostatnia. Tym razem wolałem spać znowu na zewnątrz. Na szczęście, osoby biwakujące obok mnie pojechały już do domu, więc bardziej płaskie miejsce mogłem sam wykorzystać, co też zrobiłem. I jak było? Super! Wyspałem się jak nigdy. Szyszki nie przeszkadzały, było prosto. Same zalety :). No może poza kilkoma komarami, które ubiłem.

Czwartego dnia o godzinie 8 byłem znowu na plaży. Były jeszcze pustki, ale pewnie do czasu.

Tego dnia wiatr był jeszcze silniejszy i tworzył wyjątkowo duże fale.

Typowy zawis w powietrzu przed ostatecznym uderzeniem.

Zebranie zarządu i narada, na jakie rybki dziś polujemy.

Poszliśmy sobie teraz w odwrotnym kierunku niż zazwyczaj i doszliśmy aż do Stegny. Na mapie można sobie zobaczyć, jaka to jest odległość.

Ja widząc takie fale, nie mogłem sobie odmówić powalczenia z nimi. Było mega fajnie, polecam każdemu.

Te ptaki mają niesamowity instynkt i zręczność. Tu start tuż przed samym uderzeniem fali.

Taki mały piesek, a bez problemu przebijał się przez fale.

Głęboki wdech i wydech :D.

Po powrocie z plaży zupa rybna. Zapomniałem jak się nazywała ta ryba :).

Po spakowaniu namiotu i rzeczy zaczęliśmy wracać.

To już by było wszystko na temat całego wyjazdu ze Sztutowa. Czekaliście długo, ale mam nadzieję, że mi wybaczycie :). A ja swoją drogą jeszcze wrócę nad morze… 🙂

Dziękuję wszystkim za lekturę.

lukenkuken